wtorek, 27 grudnia 2011

Francesca



Zmierzch rozrzucił zasłony nad kamiennym miastem,
łuki arkad poczernił hebanową barwą.
Wszystkie bramy zamknięto, wyszły pierwsze straże,
ognie łuczyw rozbłysły swą chwiejną poświatą,
zamilkł chaos targowisk, odkrył puste place.

Nie brakło jeszcze mieszczan błądzących wśród nocy
w swym czasie zanurzonych, widzących świat prostym,
dbających o bogactwo i o nowe mody,
zadość wierze czyniących w ciemności kościołów,
gdzie wszystko im objaśnia zręczność teologii.

Jeśli szła w cieniach mądrość, to skryta starannie.
Każdy znała stadia trwania, nie pragnął nic więcej
ponad młodość kochliwą, zbieractwo dojrzałe,
starość pełną modlitwy dla przebycia śmierci,
by znów proste schematy uprawiać już zawsze.

Może paru poetów patrzyło na gwiazdy,
dalej niż widzi ludzkość biegła w bytowaniu,
tylko siebie ciekawa, nie czuła na wiatry
spoza jej ciał płynące, obce boga prawu,
którego wymyślanie przesłania blask prawdy.

Któryś z wieszczów zapewne spoglądał na domy
i myślał o historii, której nie sprostają
ani okna ozdobne, ani w nich matrony;
możliwe, że oceniał już kształtną fasadę
i wróżył sztuce siłę, znał renesans młody.

Czy w tym właśnie poecie zginęła Francesca,
nie mogąc przestać myśleć o oczach kochanka,
o skrytych pocałunkach w ustronnych podcieniach,
o męskich mocnych rękach, które bój utwardza,
bo walczy przecież każdy, sprytem, ostrzem miecza?

Jeszcze to się nie stało. Bal w możnych siedzibie
trwa wielobarwny, dźwięczny. Już grają ballatę,
pieśń z tańcem pomieszaną, o melodii dzikiej,
lecz misternie splecionej, tkanej dysonansem,
który dżuma okrutna nauczyła słyszeć.

Płynie w tańcu Francesca, kwiat sukni otwiera,
robi zgrabne obroty, w rączki przyklaskuje,
dziś arabskim pachnidłem swą skórę oblekła,
zapach wciąż ją ogarnia, ma drgającą strunę.
A może to gra lutnia, którą trzyma śpiewak?

Bębny głucho łoskoczą, słychać szybkie flety,
wiele głosów się ściera, buduje konstrukcje,
gdzie ściany są złociste, zdobne w krwawe brzegi;
zdają się parzyć pięknem i zachwycać bólem.
Wciąż się śmieje dziewczyna, choć łzy gubi w ziemi.

Podbiega skądś dwórka w pląsach rozogniona.
„Twój poeta nie przyjdzie, doznał objawienia.
Twarz Dzieciątka w witrażu spojrzała nań boska,
zaraz poszedł przejęty, gdzie mnichów jest cela
i tam na zawsze został.” Francescę żal pożarł.

„Muszę już odejść” – mówi. Słyszą przyjaciele,
służbę swoją chcą wołać. Ona nie pozwala,
jeszcze raz wokół patrzy, jej twarz całkiem blednie.
„Jesteś chora ma Pani?” – padają pytania.
„Nie bójcie się, jam zdrowa” – uspokaja dziewczę.

W nieznacznym szarym płaszczu do domu dochodzi,
ojciec dawno wyjechał, na wojnie ma brata,
jest zatem całkiem sama, służbie spać pozwoli,
zamknie się w swej komnacie, w którą miesiąc wpada
przez pełną łuczków loggię, co w górze się wznosi.

Wzdycha ciężko Francesca, uśmiecha się dziwnie,
śle dachom bliskich domów spojrzenie tajemne,
błądzi po dalszych wzgórzach, w których wiatr mrok wije,
dotyka piersi młodej, lecz pustki nie przerwie,
opętała ją rozpacz, tak ciemna w swej sile.

„Słodkie lasy, żegnajcie!” – w swych myślach zawoła –
„Bądź zdrów, mały skowronku, niewolniku pieśni
i wy ulice miasta, florenckie zakola!
Daję wam me poranki, te słoneczne brzegi,
na nich byłam szczęśliwa, pilnujcie ich morza…

Nie zdradzą mi sekretów liście, ptaki, piaski,
nie przemówi już wicher, milczeć będzie burza.
Zrodziłam się w złych czasach, pełnych głupców chwały,
co czczą księgę pożółkłą, mamroczą o cudach,
lecz to tylko histeria rozpaczliwej wiary.

Ja pytałam Naturę o jej piękne plany,
nie było filozofów, którzy by pomogli
fakty znaleźć o kwiatach i o Słońcu jasnym;
uwięził mnie wiek straszny, w którym nie ma woli,
by szukać wielkiej prawdy o istnieniu całym.


Tylko groźnych ołtarzy szaleni kapłani
wołają o swej wiedzy, która jest snem dziecka
jak bestia okrutnego, gdy ktoś kłamstw nie sławi.
Czego nie mogłam myśleć, bo brakło narzędzia,
to chwytałam miłością, przeczuwałam światy.

Dzisiaj on ją mi wydarł, wraz z tym, co nie jego,
odkryłam więc te lochy, w których ludzki potwór
świata wcale nie ceni, lecz je, śni, ma dziecko,
wszystko inne pomija, jakby całkiem ogłuchł,
lub był jedynie trupem i kukłą bezwiedną.

Mam tego dość drzew liście i wy, cykad głosy,
i ty, piękny Księżycu, ty, słoneczna tarczo,
muszę odejść, gdyż konam, być zmarłą co chodzi
ja wcale nie zamierzam, wolę nicość prawą!
Oto piszę już nuty, pieśń się we mnie rodzi.”

Pisze zatem Francesca melodię ostatnią,
czerpie siłę z wolności, powrócił jej uśmiech.
Swe dzieło szybko kończy, dbale składa kartę,
po czym wstaje od stołu i na balkon sunie,
jak nocne piękna tchnienie bez wahania skacze.

Swoją pieśnią wspaniałą i lotem śmiertelnym
przyniosła mi Florencję trwającą w jej darze,
dała mi też niepokój. Mój wzrok jest niepewny,
gdy patrzę na społeczność i trwam w swoim czasie
prosząc o mądrość Ziemię i Słońca blask ciepły.

2 maja 2009.






Dwie sadzawki Rajpathu

Dwie sadzawki Rajpathu, a nad nimi drzewa,
W ich cieniu tłum już stoi za płotem z żołnierza.
Zaczyna się parada, idą wolne słonie,
Na nich jadą przywódcy w wyborów odsłonie.

Sprzedawcy zimnej sody mają dzisiaj święto,
Bloki lodu się topią, lecz służą klientom.
Słońce jest już wysoko, żar pali zebranych,
Zda się że świat utonął w pyłach rozgniewanych.

Grają marsza orkiestry na trąbach i dudach,
A z pobliskiej świątyni ktoś woła o cudach.
Słychać azan stęskniony z minaretu w dali,
Strażnik gładzi karabin, nie śni choć blask rani.

Garbi się brama Indii na zamknięciu alej,
Z drugiej strony się piętrzą rządowe pałace.
Smutnooka Hinduska ociera pot słony,
Pod sari bawełnianym wiszą ciężkie bomby.

Kobieta patrzy z trudem, gotowa by zginąć,
Wspomina gwałt w Kaszmirze, choć czas już upłynął.
Znów jest małą dziewczynką, związaną na stole,
Leży na niej kapitan i stęka w mozole.

Obok ojciec i matka leżą w krwawej plamie,
Babaji jeszcze jęczy, tracąc życia pamięć.
Krew z szyi rannej tryska, jasną, żywą strugą,
Dziecko swój wzrok odrywa i walczy znów długo.

Nowe barwy na placu przynoszą tancerze,
Dzieci ze szkoły tańca pląsają na scenie,
Ktoś krajowy hymn śpiewa głosem migoczącym,
Dzień na wszystkich naciera oddechem płonącym.

Wreszcie jedzie prezydent w swej zbrojnej obstawie,
Komandosi powstali, stanęli na ławie.
Tylko panna jest chłodna jak śniegi w Shringarze,
Gdy zagładą brzemienna zbliża się do bramek.

I nagle rusza biegiem, wzdłuż fontann ziejących,
Między pochód wnet wpada, wśród chłopców wrzeszczących,
W powietrzu brzmi eksplozja zniszczenia akordem,
Fragmenty ciał latają i strzały spóźnione.

Suchy piach łka szkarłatem, ogień jasność wzywa,
Zaś tych, którzy przeżyli, lęk jeszcze zabija,
Posłuszni mu, bezwolni, tratują się wzajem,
W tej chwili nikt nie dzierży władzy ponad krajem.

I oto deszcz opada swą ciężką zasłoną,
Niczym odsiecz spóźniona, chłoszcze białą dłonią,
Płonące wciąż korpusy, ziemię skrytą w resztkach,
Które wciąż jeszcze drgają, porzucone w strzępach.

Monsunowy erotyk




Dziś w Indiach pierwszy monsun, deszcz gra Miyank Malhar,
Ulewa łamie ciszę, z łoskotem opada.
Choć świt skrył się za chmurą we mnie wzeszło słońce,
Błądzi w moim oddechu, wznieca sny gorące.

Zza wiosennej zasłony płynie pieśń Gandharwów,
Tak jak greccy faunowie, skorych wciąż do żartów.
Widzę nimfy przejrzyste o szerokich biodrach,
Krągłe piersi boginek, nagość stóp w obrączkach.

Przy wtórze jasnych głosów, chwieją się lingamy,
Panny łapią ich męskość, niosą do swej bramy,
Słychać głośnie westchnienia, żar pary już spoił,
Arbuzami pośladków młodzieńców otoczył.

Tryska płodna śmietana, wpływa do ich wnętrza,
I zanurza się w ustach, skóry biel oblepia,
W mieszkańcach Indry zamku wzbiera rytm ekstazy,
W pozach tantrycznej jogi płeć otwiera światy.

Oto nad nurtem przemian rozmyślają bogi,
Żądza ich wciąż napełnia, rzuca ślad głęboki.
Miękkie dłuta rozkoszy wciąż kują swe dzieło,
Błogie piękna posągi krzyczą ciągle w niebo.

Już nie chcę być samotna dołączam do tantry,
Zaraz w głodnym przecięciu do pępka skra pali,
Już jeden z boskich dworzan unosi swą rękę
I szuka mojej formy linie kreśląc kręte.

Jego tors twardy badam, potężny jak mury,
Które wznosił sam Brahma z dzieła swego dumny,
Pocałunkiem gzyms zjadam, drży wieża kreacji,
Na swoich udach czuję jak wąż czyha biały.

On chyba jad zgromadził w swoim ciepłym pysku,
I chce mnie nim ukąsić w miejsce drogie życiu,
Ja gubię się w obawie co kształt mój napełnia,
I matki skarbce mleczne w wielkie góry zmienia.

Nagle chmurny Kajlasa, Sziwy szczyt wysoki,
Moje łono zdobywa i wierci dół słodki,
A w środku wciąż obrasta i rozpiera brzegi,
Niespokojny i chmurny wyrzuca swe śniegi.

Mkną po sobie znów burze, w zmysłach lśnią pioruny,
Fala idzie od wargi, po przystań natury,
Mnie opętała barwa, której nic nie zgubi,
Gdyby nie jej odcienie czas byłby dość krótki.

W metrum siły gwałtownej już bez słowa wołam,
Wulkan lawą wybucha, już magmą przemokłam
Po mokre liany ramion, stóp chłodne lotosy,
Wśród szczęścia zabłądziłam i zgasły me oczy.

Nagle wdziera się cisza, sztorm dalej odchodzi,
Sari z ziemi unoszę i wyżymam w dłoni.
Patrzę jak kapią łezki niedawnego szału,
Badam wzburzony przestwór, czekam znów opadów.  




Małpy z Vrindavan


Nowy rok we Vrindavan, ognie fajerwerków
barwią już niebo pozbawione chmur.
Małpy biegną przed siebie skulone od dźwięków,
nie znają celu, przeraża je huk.

Zdaje się, że świat kona, nie ma gdzie uciekać;
na próżno skaczą z wysokich murów,
ich twarze strach przekuwa w oblicza z kamienia,
zmienione milczą jak maski bólu;

z masywnych dachów świątyń bezradne spadają;
w grozę ścian walą ich łby kosmate
i kłębią się bezwładnie ślepe kanonadą,
nie znając święta, żegnają trwanie.

W ich myślach tłok obrazów chce szukać przyczyny,
refleksji szkodzą instynkty władcze.
Najpierw trzeba uciekać, dumać w lepszej chwili,
wśród członków stada, z bananem w łapie.

Teraz nie ma nadziei, znikły miejsca znane;
w trupich rozbłyskach zatonął ich kraj.
Zalany mrokiem bazar więzi je w rozkładzie,
a konary drzew szczerzą się w błyskach.

Nagle zapada cisza, gaśnie nocny pożar,
powraca księżyc, srebrne liany gwiazd;
małpy strach jeszcze ściga, co w ich myślach osiadł,
lecz wódz już stanął i resztę wzywa.

Wraca stada hierarchia, dostaje w kark młodzik,
co blisko samic siadł roztargniony,
wnet powraca zmęczenie, nikt nie spał tej nocy,
nie jest im miły czas mrocznej pory;

wtedy śmiałe są węże, czerń wspiera ich łowy,
małpom zamyka ich oczy chytre.
Czują się więc zgubione, pełne melancholii,
Do sióstr się tulą, głowami skryte.

Jednak stada przewodnik jeszcze nie zasnął,
łapy podwinął, uważnie patrzy,
tam gdzie płonęło niebo, które nagle zgasło.
Łapą łeb drapie, chwieje się cały.



Oto znowu dwa światy – własny i nieznany,
pierwszy drzew pełen, dawnych zwyczajów;
drugi wciąż się rozrasta, zakrywa murami,
jeździ blokami żelaznych kształtów,

czasem owoce rzuca, niedbale je kładzie,
lecz bije kijem, gdy ktoś je weźmie.
Ciężko dni wiele wspomnieć, każdy obraz gaśnie;
marszczy czoło pan nad małpim szczepem.

Wystarczy wyrwać przedmiot z białych chwytnych szponów,
dziwny w dotyku i niejadalny,
zaraz lecą kamienie miotane przez wrogów,
lub okup smaczny, nieraz banany…

Lecz te blaski wśród zmierzchu to większa zagadka,
taka nieczęsta, obca pamięci.
Skąd ten rzadki kataklizm, jaka w nim tkwi prawda?
To małpi władca wiedzieć jest chętny.

Jeszcze wczoraj był blisko odkrycia zagadki,
porwał obcemu przedmiot nietrwały,
suchym liściom podobny, lecz złączonym w paski,
on je rozdzielał drąc na kawałki.

Licząc na okup smaczny nie wiedział, co niszczy,
była to książka o ewolucji,
ten kamień filozofów pragnący odkrywcy;
gdyby to pojął, wiele by zbudził.

Lecz nawet student młody, co księgę utracił,
nie chciał jej spłacić soczystym mango.
„Koniec z biologią!” – krzyknął, egzamin miał zdany. –
„Czas się pomodlić, bo poszło łatwo.”


Złoto



Ściśnięte w sercu gwiazdy dojrzewa eksplozją.
Nie było go u źródeł, gdzie młodość kosmosu
w prostocie skryta trwała. Wodoru obłokom
eony wzięła zmiana struktury pierwotnej,
gdy pyły się wzywały, dawały pieśń brzaskom.

Wpierw światła było więcej, jednakże ze złota
deszczami nie padały rozbłyski początku.
Materia w wyspach gasnąc zaczęła wirować
i wtedy nowe formy lepiła wśród chłodu
na wyspach swoich ciężkich, nabrzmiałych od ognia.

Gdy kula gazów jasna zbytnio się zwiększyła,
niszczyła siebie samą , wpadała w swe trzewia,
aż głodu nadmiar pękał i tryskał w głąb zimna
rzucając w przestrzeń mroczną atomów swych echa
i biegło z krzykiem złoto w żelaznych rozkwitach.

Powstała nowa gwiazda wśród wieńca swych planet,
jej światło wnet ożyło, gdy grzało skalne globy
przez wieków sennych tysiąc. W doliny zgęstniałe
spojrzały świtu dzieci, umiały w myśl wpoić
na niebie krąg błyszczący ich życiem tak młodym.

Nazwały go więc bogiem, księżyca małżonkiem
osady swe wznoszące, słoneczne istoty.
Znaleźli łzy wśród dolin z plemienia śmiałkowie,
tak kruszcu krople żółte wzbudziły głód mocny
na trwały metal władcy, wezwanie do wojen.

I wiele mieli racji przodkowie nas samych,
gdy miękki ciężar złota zachłannie spiętrzali
w kamiennych skarbcach fortec z wysiłkiem ciosanych,
bo nawet skała mija, gdy kruszec bez skazy
pokoleń setki widzi bez żadnej swej zmiany.

Z umarłej gwiazdy pieca unosi moc rzadką,
wśród lasów wichrem gnanych, nietrwałych rzek nurtów
pradawny płacz słoneczny. Nie skryje się łatwo
na ziemi nagłych przemian, wśród ciągłych przebudzeń
przyrody płodnie kruchej, zazdrosnej o trwałość.

Jacek Tabisz
17 czerwca 2009

Swiadomość


Kropla wiatru z nicości przypadkiem przywiana,
drobne czasu spojrzenie, mylące się, żywe…
Jest tym słowa te piszący w tej chwili wezbrania
wielu starych przestrzeni łączących się w piśmie,

w myślach, w rękach, w oddechu, nie ma nic prócz tego
rytmu zdarzeń płynących. I ty Czytelniku
białą chmurą przypływasz, by dawać znaczeniom
strof tych myśli nie twoje, lecz dawny znak bytu,

który może być tobą, mną, albo kamieniem,
wcale w rytmach oddechu nie musi wędrować,
gdy zanika, nie płacze, nie żegna lamentem
swojej formy masywnej, nie chce jej zachować.

On woli nie ma żadnej, zaś nasza chęć działań
łudzi barwnym imieniem, poza nim trwa w kłamstwach,
które dzielą realność na podmiot działania
i tło z dala widziane w świadomości aktach.

Nie wierz pieśniom pochwalnym lubianym przez rodzaj
jaki my stanowimy. Niepewność je tworzy,
stąd ich boskość wyniosła, dla mądrych żałosna…
Dotknij skały tej Ziemi! Różnic nie wytropisz…

Pejzaż barwy rozkłada z naturą swą zgodny,
we mnie dojrzysz purpurą, a w sobie żółcienie,
zaraz światło się zmieni malując kraj nowy
bez nas – jednak przepiękny, karmiący swe drżenie!

23 czerwca 2009
Jacek Tabisz

Synestezje





   Wiele razy zastanawiałem się nad szczególnego rodzaju wrażeniem, jakie wywołują we mnie niektóre dzieła sztuki. Ta krótka, ulotna, na poły nieświadoma emocja związana była z niemal całkowitym oderwaniem artystycznej idei od niosącego ją materiału. Inaczej mówiąc medium sztuki nie odgrywało prawie żadnego znaczenia wobec myśli twórcy, jakiej to medium zostało podporządkowane.
   Dla wytłumaczenia tego dość metafizycznego zjawiska nie obędę się bez dobrze dobranych przykładów. Najpierw sięgnę po architekturę, gdyż ta bez wątpienia należy do tych sztuk, które najmocniej rzucają się w oczy nawet zupełnie przygodnemu odbiorcy. Mało kto oprze się pięknu klasycznych gotyckich katedr. Nawet osoby mało wrażliwe miewają w nich niezwykłe odczucie „zawieszenia czasu”. Można je tłumaczyć szczególnie silną duchowością twórców stylu gotyckiego, opartą na tomistycznym porządku wszechświata. Nie wyjaśnia to jednak tego, że gotyk oddalając się od stylu katedralnego zatraca swój szczególny „architektoniczny czas”. Nie mogę też zgodzić się z tezą, że po okresie dojrzałego gotyku zabrakło talentu średniowiecznym architektom. Również i później powstawały dzieła wybitne, nie posiadające jednak owej szczególnej aury. Podobnie – w czasie gdy w Ille-de-France powstawały katedry królewskie, również w innych regionach Europy tworzono ambitne założenia architektoniczne, nie powodujące jednak owego temporalnego efektu. Nie przeczę, że moje rozważania mogą być odczytane jako jakieś próby paranaukowe, ale być może zjawisko, którego szukam, a które stało się kanwą na poły okultystycznej masonerii progu oświecenia, można opisać w sposób całkowicie racjonalny...
   W metodologii historii sztuki istnieje prosty, ale też bardzo trafny podział sztuk wedle ich podstawowych mediów, czyli materiałów jakimi dysponują dla wyrażenia idei twórców. Podstawowym rozgraniczeniem jest podział na sztuki miejsca i czasu. Sztukami czasu są między innymi  literatura i muzyka, a także z nowszych – film. Symfonii słucha się od początku do końca, jest ona złożona z trwających rozmaitą długość czasu dźwięków i przerw między tymi dźwiękami – pauz. Głównym materiałem symfonii jest czas – jego fakturą są akcenty w nim, czyli rytm; a barwą, czy też jakością są dźwięki – ich charakter związany z instrumentem, ich wysokość związana z miejscem w gamie, ze stosunkiem wobec sąsiednich zdarzeń muzycznych. Podobnie w powieści mamy fabułę, której konstrukcja biegnie zgodnie z nurtem czasu jakim jest czynność czytania książki. Podobnie jak kompozytor, pisarz może manipulować tym nurtem, jednak jest on głównym aspektem jego sztuki.
   Natomiast sztukami miejsca są sztuki plastyczne – malarstwo, rzeźba i inne, oraz architektura. Istotą tych sztuk jest stosunek twórcy do przestrzeni. W architekturze jest ona stosowana dosłownie – każdy budynek jest bowiem w swej istocie klatką na przestrzeń, próbą jej organizacji poprzez bariery ścian. W rzeźbie zjawisko zachodzi w mikroskali – figura jest bryłą którą widz ogląda z różnych stron, jednak nie pełni już przeważnie funkcji swoistej tamy między wnętrzem, a zewnętrzem. Oczywiście zdarzają się realizacje na pograniczu tych dwóch sztuk, takie jak kaplica Ronchamps le Courbousiera będąca niejako rzeźbą architektoniczną, czy piramidy egipskie nie posiadające de facto wnętrza. Najbardziej kameralną ze sztuk przestrzeni jest oczywiście malarstwo, ograniczone zaledwie do płaszczyzny.
   Tymczasem w klasycznych katedrach gotyckich spotykamy się z przemożnym wrażeniem „czasu architektonicznego”. Zjawisko to podkreślali już sami współcześni tych wspaniałych budowli mówiąc o bliskim powiązaniu teorii kompozycji muzycznej z architekturą katedr. Nie było to jedynie połączenie tych sztuk na zasadzie kontekstowej, związane z tym, że uroczystościom sakralnym odbywanym w katedrze towarzyszyła odpowiednia muzyka. Zjawisko to miało znacznie głębsze podłoże – katedra, będąca typowym przejawem sztuki miejsca operowała też czasem. Oczywiście – sama w sobie niewiele mogła mieć z nim wspólnego. Była wszakże jedynie zbiorem odpowiednio przetworzonych i ułożonych kamieni, które nie mają w sobie za wiele z sonaty, czy też z poematu. Jednak, jak każde dzieło sztuki, była ona tworem adresowanym do odbiorców. Zatem katedra nie jest zbiorem materiałów skalnych, lecz tym co wzbudza w nas – jej obserwatorach i, przez to, odbiorcach. Będąc w jej wnętrzu i patrząc na nią widzimy przede wszystkim linie. Klasyczny styl gotycki jest linearny. Te linie tworzą w naszej percepcji kierunki, pomimo że stoimy w miejscu jesteśmy dzięki nim w ruchu – nasze oczy podążają za nimi nawet wbrew naszej woli. Wnętrze katedry jest wydłużone – posiada ona jedną zdecydowaną oś, biegnącą od głównego zachodniego wejścia do ołtarza umieszczonego na wschodzie. Oczywiście – niemal każdy gmach publiczny musi taką oś posiadać, lub drzemać w centralnym bezruchu. Tym niemniej sama w sobie oś ta stanowi już jakiś okruch czasu dla naszej percepcji. Można rzec – jest już białą kartką na której pisarz postawi pierwsze litery, lub ciszą w którą wedrą się pierwsze dźwięki orkiestry. Szlachetne miano „klasyczności” jakie nadała współczesna nauka stylowi z serca późnośredniowiecznej Francji dobrze ilustruje to zjawisko. W prosty nurt znanej od dawna bazyliki wpletli bowiem architekci katedr całą sieć misternych efektów. Pojawiają się zatem rytmy kolumn i filarów prowadzących między nawami, rytmy empory biegnącej nad nimi, rytmy otworów okiennych. Zatrzymują one prosty kierunek osi zachód – wschód, dozują go, powiększają liczbę kart tej powieści. Powstaje rytm. Rytm który jest modulowany za pomocą gzymsów i multiplikacji elementów – kolumienek w emporach, służek spływającego po żebrach sklepienia. Użyte są pewne modusy, podobne do taktów w muzyce, które z jednej strony służą rozgraniczeniu poszczególnych zdarzeń, z drugiej strony – ich przenikaniu. Ta wzajemna walka dążeń przebiega zarówno pomiędzy największymi, stricte konstrukcyjnymi elementami, jak i pomiędzy drobnymi detalami kapiteli kolumn, wykrojów żeber i służek. Mamy zatem do czynienia z komplementarną dla wszystkich elementów równowagą, postępującą lekko do przodu, do końca naszej symfonii. W przeciwieństwie jednak do „prawdziwej” muzyki mamy możliwość jej trójwymiarowej recepcji, możemy niejako przechadzać się wśród muzyki sfer. Uważny czytelnik zauważy, że nie wnikam w naprawdę istotne szczegóły owej „architektonicznej muzyki” – na tym poziomie każda udana realizacja katedralna proponuje swoje własne rozwiązania.
   Zatem – wchodząc do paryskiej Notre-Dame mamy do czynienia z synestezją przestrzeni i czasu. Odpowiednio wsłuchany i zarazem wpatrzony odbiorca tego dzieła architektury ma szansę przyłapać swoją percepcję na chwili całkowitego zagubienia. W tym momencie przestają być istotne materialne związki między obserwacją a zjawiskiem. Odbiorca nie myśli już – „jestem w gotyckiej katedrze, która mi się podoba, bo...”. Zostaje oderwany od kontekstu – jego myśl się upraszcza, a zarazem dematerializuje. Głównym aspektem staje się odbiór idei zawartej w katedrze. Wrażenie lokalizacji – „jestem tu” pryska jak bańka mydlana, bo jak można być w muzyce... Jednocześnie jest to cicha muzyka, muzyka kamiennych łuków, więc nasz obserwator nie zacznie podskakiwać i tańczyć. Pozostaje jedynie „niewyrażalne”, coś czego nie sposób opisać, a co jest rzeczywiście nową wartością, o czym świadczy choćby sam brak słów mogących opisać to zjawisko. Dzięki synestezji mamy zatem możność absolutnego odbioru sztuki, bez przekładów myślowych upraszczających ją na zasadzie opisu. Choć ten odbiór absolutny nie daje nam wspomnień umożliwiających snucie wobec sąsiadów barwnych opowieści z Paryża, ani też nie ułatwia nam napisania pracy naukowej o dojrzałym gotyku, to pozostawia w nas coś nowego, wzbogaca nas o rzeczywistą ideę zawartą w sztuce. Nie będziemy jej nigdy mogli wyrazić „wprost”, ale, o ile posiadamy twórcze umysły, będzie nam ona pomocna w trakcie kreacji. Bo im większa polana, tym więcej traw może zrodzić z siebie.
   Innym przykładem synestezji jest ta pomiędzy dźwiękiem a barwą. Jest ona bardziej popularna od opisanej już synestezji przestrzeni i czasu. Nie niesie też w sobie moim zdaniem aż tak mocnego wyzwolenia percepcji od materiału. Nie dotyczy ona bowiem synestezji podstawowych aspektów obydwu grup sztuk, ale jedynie zbieżności fakturalnej. Barwa w sztukach miejsca jest detalem, zapełnieniem płaszczyzny. Podobnie barwa dźwięku nie jest podstawowym aspektem muzyki – znacznie ważniejszy jest jego przebieg w czasie. Wiele osób jest w naturalny sposób obdarzona synestezją dźwięk - barwa. Ślady ich działalności z łatwością znajdziemy wśród wielu kompozycji cechujących się tak zwanym koloryzmem muzycznym. Nawet laik usłyszy w muzyce Debussego czy Arwo Parta kierowanie się twórców logiką malarską, kreowanie takich wydarzeń dźwiękowych, oby mogły one przywoływać barwne obrazy. I choć, moim zdaniem, koloryści nie należeli i nie należą do kompozytorów „pierwszej ligi” ich twórczość ma duży walor poznawczy – pozwala zakosztować synestezji osobom nie mającym do tego wrodzonych skłonności. A z kolei nawet ta „mniejsza synestezja” pozwala znacznie lepiej pojąć wartości abstrakcyjne zawarte w sztuce. Pojmować ją w sposób absolutny, bez wewnętrznego tłumacza.

   Bardziej jeszcze zawiłym problemem, rzeczą zarówno trudniejszą do osiągnięcia, jak i do wytłumaczenia, są synestezje biegnące w drugą stronę – od czasu w przestrzeń i od barwy w dźwięk. Tym niemniej są problemem bardzo kuszącym, aby go poruszyć. Bowiem im mniej jest na pierwszy rzut oka oczywista dana synestezja, tym mocniejszy może być efekt odrealnienia wiodący ku sztuce absolutnej.
   Pierwsze z tych zjawisk wydawać by się mogło pozornie bardzo proste. Wydając dźwięk, spotykamy się z elementem pogłosu. Ten pogłos zdradza nam rozmiary sali z której pochodzą dźwięki. Jednak – nie o to chodzi. Jest to jedynie połączenie dwóch zjawisk. Ale nie skupienie ich w jednym miejscu dzięki zatarciu mediów sztuki. Synestezja czas – przestrzeń powinna zachodzić w samej strukturze utworu muzycznego, bądź powieści. Nie wystarczy opis wielkiej groty, gdzie światła toną w mroku, a krople dudnią jak werble. Przestrzeń musi być obecna w strukturze zdań, nie ważne co opisują. Podobnie w muzyce – musi być obecna w relacjach dźwięków i pauz, w odpowiedniej agogice, co ma być widoczne nawet w partyturze którą jedynie czytamy. Przestrzeń w muzyce jest znacznie słabiej obecna niż barwa. Jedynymi kompozytorami u których dostrzegam celowe zabiegi dla jej uzyskania są Beethoven (szczególnie V koncert fortepianowy) i  niektórzy twórcy gotyku (anonimowy autor Mszy z Tournay, Machaut zwłaszcza w swoich motetach). Szczególnie artyści z doby gotyku nie powinni dziwić w tym zestawieniu, zważywszy na wcześniej już przeze mnie wspomnianą analogię jaką widzieli ich współcześni pomiędzy kompozycją przestrzenną, a muzyczną. Oczywiście Guilliame de Machaut tworzył przeszło wiek po działalności ostatnich  architektów gotyku klasycznego, ale należy pamiętać, że zmiany stylowe w muzyce były bardziej powolne niż w innych sztukach.
   
    Mało niestety mam do dyspozycji narzędzi, aby opisać środki dla uzyskania synestezji czas – przestrzeń w muzyce. Jednocześnie jest ona dla mnie szczególnie atrakcyjna jako dla poety – czyli artysty „czasu”. Dlatego opiszę moje doświadczenia w kreowaniu tej szczególnej synestezji z pomocą słowa, a zainteresowany czytelnik nie bez trudu będzie mógł spróbować przełożyć ją na techniki muzyczne.
   Dość dobrą drogą dla uzyskania tej synestezji wydaje mi się analiza opisanej już wcześniej synestezji odwrotnej (przestrzeń – czas). Błąkając się po klasycznogotyckiej katedrze mieliśmy do czynienia z kilkoma uporczywie stosowanymi środkami wyrazu – były to: ruch przestrzeni osiowej; rytm kolumn, okien i arkad; linearność gzymsów, służek i żeber; powtarzalność pewnych modułów w mikro- i makroskali. Do tego należy dodać elementy charakterystyczne dla katedry, oczywiste i nieprzełomowe dla sztuki miejsca, ale nietypowe dla sztuki czasu: jednolite rozbicie przestrzeni (przestrzeń jest podzielona konstrukcyjnie i dekoracyjnie, jednak to rozbicie jest powtarzalne, przez co w końcu i tak staje się jednorodną całością); zestawienie masywności i lekkości (jak wiadomo architektura gotycka „unosiła się nad ziemią” dzięki punktowemu oparciu ciężaru sklepień, przez co ściany mogły być tylko szkieletem przeszklonym witrażami – jednak elementy nośne były szczególnie odpowiedzialne za trwałość budowli – stąd skarpy, przypory, masywne filary naw); ostre kontury detali a jednocześnie ich przenikająca się płynność (katedry Ille-de-France charakteryzują się mocnym, niemal wyciętym brzegiem detali – jednocześnie wszystkie detale są jakby wykute z jednej gładkiej masy skalnej). Teraz należy wziąć pod uwagę te wszystkie elementy, przełożyć je na formę poetycką, usunąć te które są oczywiste dla sztuki czasu i przyjąć te, które były oczywiste dla sztuki miejsca.

   Przejdźmy więc do tej odważnej próby. Warto pamiętać, że katedra jest miejscem – ma swoje dokładnie ustalone granice. Konstrukcja wiersza nie może być zatem otwarta, ja wybieram bliski mi sonet – będący formą na tyle krótką, że nasza percepcja odbiera go jako jedno miejsce. Do tego zawiera on już w sobie dążność do zamykania w odpowiedni rytm i przebieg znaczeniowy poszczególnych wersów i strof. Forma krótsza od sonetu może z kolei okazać się niewystarczająca dla rozwiązania wszystkich zagadnień jakich wymaga uprzestrzennienie wiersza. Ważne jest zestawienie ciężkości i lekkości – można by rzec, że tego typu kontrast jest jedną z głównych gradacji dzięki którym odczuwamy przestrzeń. Czy wielkie pasmo gór na horyzoncie nie ma właśnie owej lekkości na skraju widzenia, którą w myślach wypełniamy wiedzą o monumentalności skalnych pasm? Zatem – muszę poderwać do ruchu ciężkie zdania, skontrastować ciężką treść z lekkością obrazów i metafor, a może nawet oddzielić sferę ruchu i bezruchu... Wyznaczyć punkt stały, ciężki, ziemię, ląd, miejsce obserwacji i lecące nad tym ptaki, chwiejącą się trawę - wiatr. To wszystko musi wyrażać taż agogika poszczególnych wersów. Ona też będzie potrzebna do oddania ruchu i plastyczności. Staram się pisać wersy, które wpierw wspinają się nabierając rozpędu, po czym opadają. Są to struktury łuku, odpowiednik arkad empory – osiąganie rytmu w sposób bardziej architektoniczny, z pewnością punkt zbieżny w obu kierunkach tej synestezji. Kolejną rzeczą jest modularność – figury napięć znaczeniowych i formalnych muszą przejawiać się zarówno w makroskali (cały sonet), jak i w skalach mniejszych – stroficznych i wersyfikacyjnych. Inną rzeczą, oczywistą dla architektury, są otwory pomiędzy przestrzenią zewnętrzną, a wewnętrzną – czyli okna i portale katedry. Oczywiście utwór muzyczny się też jakoś otwiera, podobnie wiersz. Jednak – widząc witraż, wiemy że płynie przez niego światło z zewnątrz, a przez uchylone drzwi widzimy zalany słońcem plac przed katedrą. Czyli pisząc muszę oddać wrażenie ciągłej wiedzy o tym, że jest wnętrze i zewnętrze. Wiersz musi się stać popękaną tamą, którą co rusz zdobywają pływy morza. Z pewnością jest to łatwiejsze do osiągnięcia w warstwie znaczeniowo - opisowej wiersza. Moje próby na polu formalnym dotyczą zróżnicowania stylów w wierszu, do czego pretekstem jest wprowadzanie dwóch postaci poetyckich w wierszu, co w sonetach jest szczególnie efektowne. Oczywiście mogą istnieć inne bieguny wokół których krążą stylistyki wiersza. Jeszcze ambitniejsze może być uzyskanie „pogłosu” – to jest tworzenie niepełnych zdań, które dopowiada wyobraźnia czytelnika. Do efektu „pogłosu” znakomicie służą sonety o krótkiej liczbie sylab w wersie – od 5 do 7. Inną rzeczą którą można podpatrzeć w synestezji odwrotnej jest kontrast między podziałem a spoistością. W przełożeniu na wiersz oznacza to używanie mocnych, brzmiących słów, z którym każde stanowi swoistą dominantę, a jednocześnie duża ilość takich dominant nie przekreśla spoistości całego wiersza, wręcz ją pogłębia – podobnie jak w architekturze.

   Jak widać moje tropy mają naturę dość ogólną, ale wydaje mi się, że zaproponowana przeze mnie zasada konstruowania synestezji czas – przestrzeń w wierszu jest słuszna. Należy po prostu dokładnie przeanalizować zaobserwowane cechy synestezji odwrotnej i metodą prób i błędów wprowadzać je do swojej twórczości. Efekty mogą być bardzo zachęcające. Gdyż, oprócz oderwania percepcji czytelnika od materii wiersza, tak jak w architekturze, poezja daje również możliwość stworzenia wtórnego echa. Tym wtórnym echem może być po prostu treść utworu, odpowiednio korespondująca z zawartą w nim synestetyczną formą. W ten sposób czytelnik poczuje się jakby powrócił z dalekiej podróży i ujrzał po raz pierwszy słowa oddające głębię doznanych podczas niej wrażeń. Można też połączyć wiele płaszczyzn formalno – znaczeniowych wiersza tak, aby stał się on w pewnym sensie nieskończony, jak ustawione naprzeciwko siebie lustra.

   Niezależnie od wiedzy na temat synestezji i ilości udanych prób w jej zastosowaniu i odbiorze, uważam, że próby tworzenia i odbioru sztuki na tak zaawansowanym poziomie są znakomitym ćwiczeniem dla umysłu. Tak jak ćwiczymy nasze mięśnie poprzez poranny jogging i niekoniecznie musimy mieć jakiś cel dla naszego biegu, tak i ten abstrakcyjny problem możemy traktować podobnie.

Jończyk

Jończyk.



    Ta chwila uczyniona była ze złota. Barwa świtu płonęła w przestrzeni jak zapach wiosennych kwiatów. Mewy płynęły nisko nad białym miastem, a odcień słońca odbijał się w ich skrzydłach. Choć nikt nie uderzył jeszcze w struny liry, muzyka brzmiała w powietrzu i przechadzała się wśród jasnych kolumn portyków. Towarzyszyli jej ludzie, zamyśleni i spokojni, należący do czasów, gdy strach był uznawany za chorobliwą słabość, miłość była sławna i dana nielicznym, a mądrość upajała mocniej niż wino, które zawsze wtedy mieszono z wodą. Choć życie było wówczas krótkie, szumiały w jego naczyniu fale oceanów, czyniąc każdy czas podobnym do ogrodu, w którym to co radosne i to co tragiczne, nieodmiennie i zawsze było też piękne. Obywatele miasta gromadzili się na placu, jak zwykli to czynić nad ranem, nie mając nigdy wyraźnego powodu, lecz zawsze znajdując przyczynę spotkania.
-        Spotkaliśmy się tutaj – rzekł Lizymach, poprawiając biały chiton płynący po marmurowych płytach chodnika. – A kimże my sami jesteśmy, jak nie miejscem spotkań?
-        Co masz na myśli? – zapytał go Peneos, który zawsze był ciekaw sposobu, w jaki stary mistrz z Jonii spoglądał na świat.
-        Wydaje ci się młodzieńcze, że jesteś taki, jaki jesteś – rzekł filozof wciągając w płuca niebieski dym nieba.
-        To zależy, co masz na myśli mistrzu – odparł Ateńczyk.
-        Powiesz o sobie, że jesteś człowiekiem, mężczyzną i Grekiem, czyż nie? – zapytał Lizymach. Grupka osób zgromadziła się wokół ich rozmowy i zaczęła wsłuchiwać się w nią uważniej.
-        Zobaczysz, to będzie znów popis negowania przyjętych pojęć – zauważył Agapion, który dopiero co wrócił z dalekiej wyprawy i samotność morza lśniła jeszcze w jego ciemnych oczach.
-        Sądzę, że Lizymach powie tym razem coś o naturze światów – nie zgodził się z nim jego brat, Komodos, który nie zwykł opuszczać murów polis i przez cały rok myślał głównie o święcie Dionizosa, na które nie raz przyjęto już pisane przez niego tragedie.
-         Możemy się założyć – zaproponował marynarz.
-        O ziemię, czy o sukna? – podchwycił z błyskiem w oczach tragik.
-        Jak wygram, wyruszysz ze mną na morze, jeśli zaś ty odniesiesz w zakładzie zwycięstwo, zostanę tu przez rok i napiszę komedię, by uczcić zdobywcę Indii i króla satyrów – stwierdził z uśmiechem Agapion.
-        Widzę, że już dziś zająłeś się losem – Komodos skłonił się bratu wyraźnie ucieszony i przystał na zakład.
-        Mógłby tak powiedzieć – odparł tymczasem na pytanie filozofa Peneos. – Nie widzę w tym nieprawdy, należę z pewnością do ludzkiego rodzaju, ta ziemia jest miejscem moich ojców, zaś i ja sam, o ile Mojry nie sprawią inaczej, będę nim dla moich przyszłych dzieci.
-        Czy którąś z tych rzeczy wybrałeś, Peneosie, czy ktoś dał ci możność wyboru, czy pamiętasz może jego hojną rękę? – Lizymach uniósł nieznacznie prawą dłoń, jak zawsze, gdy zaczynał właściwy temat pogawędki, a Agapion spojrzał wymownie na brata.
-        Żadna z tych rzeczy nie miała miejsca – odparł Ateńczyk.
-        To wszystko, o czym mówimy, to tylko cechy, które płyną przez nas i układają się w tysiące kombinacji – kontynuował filozof. – Nie mamy wpływu na naszą płeć, ani na wybór naszej ojczyzny, ani też na gatunek stworzenia, w którym nasze myśli zadźwięczą. Nie możesz zatem mówić o nich jako o tym, czym jesteś. Gdyby malarz oblał cię czerwoną farbą, czy mógłbyś wtedy rzec, że jesteś sam w sobie czerwony?
-        Nie sądzę, Jończyku – przyznał młodzieniec, który spodziewał się takiego obrotu zdarzeń.
-        Możesz jedynie rzec, że pewne cechy świata, który wciąż biegnie i nigdy nie przystaje, spotkały się w tobie na chwilę – słysząc to, Komodos wyprostował się nieznacznie i uniósł głowę. – Jesteś efektem tego spotkania, lecz ty sam, jako taki, nie jesteś. Nie jesteś bowiem celem biegnących ciągów zdarzeń, jesteś ich drogą. Ślad na drodze nie jest ani wędrowcem, ani drogą, ani też wędrówką. Jest tylko śladem.
-        To niezwykle ciekawe spostrzeżenie – przyznał poruszony Peneos. – Jeśli jednak nie jestem, jak wyjaśnić moje własne wrażenie trwania i wyborów, które przyjmuję, lub odrzucam?
-        Istnieje coś takiego, jak atmosfera miast, które nadają im ich mieszkańcy – stwierdził filozof. – Składa się ona z historii, kształtu budynków, a także charakteru przyrody, wśród której kształtowała się dana osada. Ty jesteś taką atmosferą, splecioną z rozlicznych wątków płynących w rzeczywistość. Lecz, gdybyś spojrzał na to uważniej, każdy z tych wątków odmienny ma charakter i odmienne cele, podobnie, jak każdy mieszkaniec miasta, jak każdy jego kamień i każde źdźbło trawy wynurzające się z fundamentów.
-        Powiedz mi o tym dokładniej – poprosił Ateńczyk marszcząc czoło.
-        Każda rzecz składa się z atomów – rzekł Jończyk, a wszyscy zgromadzeni pokiwali głowami, gdyż takie właśnie rzeczy głosili mieszkańcy Miletu. – Mają one swe własne drogi i poprzez miliony kształtów odmieniają się wolno, pieką się w żarze słońc, drżą w chłodzie pustki, składają się w ryby i ptaki, by znów ulec rozbiciu. Również stworzenia odmieniają się wolno, zyskując nowe cechy, zaludniając nowe obszary. Sądzę, że kiedyś żył na Ziemi jeden tylko gatunek istot, który zmieniał się i przetwarzał, wyłaniając z siebie nowe gatunki. Ten proces trwa cały czas. Podobnie pojęcia i kształty zawarte w naszych myślach zmieniają się wolno, tworząc wciąż nowe języki, przydając nowe znaczenia bogom, tworząc nowe metra i tragedie, nowe typy świątyń, nowe dzbany i narzędzia. Myślę, że u końca tej drogi nasze myśli i przedmioty, które za ich sprawą tworzymy, opuszczą nas i zaczną zmieniać się samoistnie i po swojemu.
-        To piękne! – zakrzyknął Peneos.
-        Logika jest matką piękna – potwierdził Lizymach i zamyślił się, patrząc na morze, widoczne zza dachów świątyni Ateny.
-        Jaki jednak sens ma nasza rozmowa, skoro my sami jesteśmy jak ślady na plaży? – zapytał młodzieniec, a bezchmurne niebo zapaliło w nim błękitny płomyk rozświetlający serce.
-        To dobre pytanie – wtrącił Agapion, przytłoczony rozmyślaniem na temat fabuły swojego pierwszego dramatu.
-        Nie na wszystkie zagadki warto znaleźć od razu odpowiedź – upomniał go brat. – Bywa, że pytanie jest jak słońce nadające kształtom żywą formę.
-        Nie ma problemu, sługo boga z Indii – uspokoił go filozof. – Jedna rzecz to słyszeć odpowiedź, zaś druga, to ją rozumieć. Otacza nas świat, jedyna odpowiedź, czysta, wszechobecna, niezniekształcona drżeniem naszych głosów. Widzimy go cały czas, gdy zamkniemy oczy, przychodzi do nas w snach. I choć jesteśmy blisko, rzadko bywamy przy nim, a jeszcze rzadziej czynimy go w pełni naszym domem. I taki sens ma nasza rozmowa – dodał, patrząc na młodzieńca, który spoglądał na niego niepewnie. – Jeśli uznasz w pełni, mój drogi chłopcze, że jesteś miejscem spotkania, nauczysz się być naprawdę. To rzadka sztuka.
-        Skoro tak, czy inaczej nim jestem, dlaczego jest to tak trudne? – zdziwił się Peneos.
-        Właśnie dlatego – zaśmiał się mędrzec. – Wchodzisz do miejsca, gdzie nie widzisz gospodarza, gdyż jest nim ono samo. Jak powitasz tego, którego progi przekraczasz? Nie dość na tym. Bowiem i ty sam jesteś fragmentem tego miejsca, albowiem granice, które czynisz między nim, a sobą, są ułudne. Również i ty jesteś w pełni cząstką miejsca, które ciebie gości. Jak powitasz tego, którego progi przekraczasz?
-        Swoją drogą niemożliwi są ci Jończycy – zaśmiał się Komodos. – Przyjmij moje dowody uznania mistrzu, może mój brat uczyni cię bohaterem swej pierwszej tragedii.
-        Sądzisz, że to smutne? – zaciekawił się Lizymach.
-        Jesteśmy jak mgła, rozwiewa nas wiatr, drogi biegną obok – zauważył tragik. – Jest w tym pewien odcień nostalgii.
-        Gdybyśmy byli jak skały, kompletni i gotowi, świat by się zatrzymał i wtedy nie można by było nawet pisać o tym tragedii – zauważył filozof. – Na szczęście nie ma takich rzeczy, również kamienie są tylko śladem biegnącego świata.
-        Dobry temat na dramat – ucieszył się Agapion. – Wino przemienia, tragedie którymi czcimy jego boga są zaś o niechęci do zmian. Czyż może być większe ich odrzucenie, nad to, o którym rzekłeś?
-        Zaprząta mnie wciąż jedno – martwił się dalej Peneos. – Jak mam ujrzeć świat? Przecież to, co zwę sobą samym, to jedynie przejaw ślepoty.
-        Pytanie o świat jest właściwe – pochwalił go filozof i otarł ukradkiem łzę wzruszenia. – Je tylko mniej na uwadze. Obserwuj wszystko uważnie. Nie przejmuj się sobą, nigdy nie myśl o tym, czy jest ci drogie, czy niemiłe, to co widzisz. O tym zapomnij. Śledź wszystko uważnie i oglądając tysiące przedmiotów chwytaj za ogon nurty, które przez nie płyną i je tworzą. Gdy znajdziesz ich wiele, wejdziesz nareszcie do miejsca, w którym już przebywasz.
-        Mam zatem odejść gdzieś daleko? – upewniał się młodzieniec. – Mam zapomnieć o rodzinie, o moim mieście, o wszystkim czego mnie nauczono?
-        Dlaczego tak sądzisz? – zdziwił się Jończyk. – Świat jest przecież wszędzie, nie musisz wychodzić mu na spotkanie. Rób wszystko tak samo dobrze, lecz z myślą o nim, a wyjdzie ci to jeszcze lepiej, a może też czegoś się nauczysz.
-        A jeśli umrę, zanim odnajdę świat we wszystkim? – zmartwił się Ateńczyk.
-        Gdy będziesz go szukał, każdy dzień stanie się pełny i nie znajdziesz czasu, by martwić się  czy zdążysz – zapewnił go Lizymach, przymykając lekko swoje dziwnie młode oczy.
-        Ale jeśli znajdziemy świat, czy staniemy się inni? – zapytał Komodos. – Czy staniemy się sławni, lub wieczni? Czy nie przeminiemy?
-        Te pytania nie są potrzebne – rzekł mędrzec. – By odnaleźć rzeczywistość, należy uciszyć w sobie wszelki niepokój. Pragnienia i lęki tworzą bowiem hałas, który nie pozwoli nam znaleźć naszego gospodarza. Dopiero cisza nas od nas uwalnia i pozwala spoglądać uważnie. Tam, gdzie jest nasz cel, czas jest tylko odcieniem, pytania o trwanie i przemijanie nie mają zatem żadnego sensu. Cóż zresztą miałoby być wieczne, lub skończone, skoro nie ma tam osób, ani podmiotów. Świat nie ma otoczenia, nie jest czymś co zawiera się w czymś innym. Jest tylko on, stateczny we własnej zmienności, która mieni się we wszystkim, tworząc miliony narastających ech. To wszystko. Pozwólcie, że przejdę się nad morzem – to rzekłszy, filozof powoli opuścił plac.
-        Dziękuję bracie – zwrócił się do Komodosa Agapion. – Wiem już, czemu służą tragedie, ta nasza pieśń do boga przemian.
-        Słucham cię uważnie – zaciekawił się tragik.
-        Przychodzimy do teatru senni jak głazy – rzekł marynarz. – Na naszych oczach giną ci, którzy z wyroku Mojr obrócili się przeciwko bogom. Pragną zatrzymać to, co jest w ruchu, lecz świat ich kruszy i ugina ich karki. Gdy ogarnia nas trwoga i litość, pęka nasza kamienna skorupa i czujemy życie, pod powiekami i pod opuszkami palców. Rozglądamy się uważnie i widzimy niebo, gaje nad teatrem i słońce ozdobne w barwy zachodu.
-        Przyjdzie mi zmienić zajęcie, mój drogi – rzekł ucieszony Komodos. – Gdy twe słowa powtórzą aktorzy w maskach, mnie przypadnie miejsce na okręcie.
-        Zmiany są dobre – pokiwał głową Peneos, który czuł się o kilka lat starszy. – To dziwne, lecz czasem wiedza o własnym nieistnieniu pozwala cieszyć się każdą ulotną zmianą wiatru, każdym ptakiem płynącym po niebie, każdym cieniem płynącym między kolumnami. Im jest mnie mniej, tym jest mnie więcej.

   Bracia spojrzeli na niego z podziwem i poklepali go przyjaźnie po plecach. Zaprosili go do siebie na obiad, a on nie odmówił. Gdy podano już pierwsze danie, biesiadnicy wylali kilka kropel wina na obiatę dla bogów i przystąpili do uczty. Świat mienił się w ich oczach niezwykłymi skarbami, a oni jedli z apetytem, żądni nowych sił, by podjąć kolejne wyzwanie. Żona Agapiona usiadła w rogu stołu i zaczęła grać na lirze, chwytając zgrabnie unoszącą się w powietrzu melodię.

Brak zgodności mentalnej

Brak zgodności mentalnej.



   Nad planetą wciąż zachodzą słońca. Jak łańcuch wielobarwnych klejnotów ścigają się po niebie. Noc jest tu krótka i trwa przez chwilę. Ściśnięta przez gamy wschodów i zmierzchów przychodzi nagle, by zgasnąć w jasności. W tym królestwie są tylko pustynie. Wiatr przelewa chromatyczne piaski do pustych naczyń horyzontu. Czasem tylko grzebienie strzępiastych skał stają im na drodze, by ustąpić miejsca ginącym w chrzęście ziemi płaskowyżom. Planeta ma dwa małe księżyce, które rzadko można znaleźć na zalanym światłem niebie. Nie one jednak przyciągają uwagę archeologów. Blisko północnego bieguna tego niczyjego świata wznosi się budowla z monolitycznych kamieni. Nakryta rozległą kopułą rzuca cienie na samotność wydm płynących bez końca swym martwym morzem. Poprzedza ją portyk złożony z wysokich, rzeźbionych kolumn, których wzory zadziwiły matematyków. Gmach, mimo wielkich rozmiarów i ogromnej staranności wykonania, wzniesiony był przez stosunkowo prymitywną cywilizację. Mówią o tym ślady prostych dłut, które niekiedy można znaleźć na doskonale dopasowanych kamieniach. Jednak na całej planecie nie odkryto innych obiektów, żadnych śladów dróg, żadnych osad. Nie odnaleziono na niej nawet najprostszych pozostałości życia. Przez dziesiątki lat armie robotów przeczesywały piaski tego samotnego świata i w końcu zakończyły swoją pracę, oznaczając to ciało kosmiczne jako niezamieszkałe. Gdy znalazłem przypadkiem w archiwach wzmiankę o GR5, jak niezbyt wdzięcznie nazwano ten odległy zakątek kosmosu, udałem się tam przy pierwszej nadarzającej się okazji. Po długim szybowaniu w skrzącej się atmosferze osiadłem w odległości kilometra od tajemniczego budynku.

   Nie mogę zrozumieć, skąd wzięło się tu tak imponujące dzieło architektury. Dziedziniec poprzedzający sklepione kopułą wnętrze zachwyca elegancją proporcji i misternie kutymi kapitelami kolumn. Poruszam się po nim swobodnie, atmosfera planety składa się z rozrzedzonego tlenu, nie muszę więc nosić skafandra. Najdrobniejsze urządzenie elektryczne mogłoby spowodować eksplozję w tak niezwykłym powietrzu, na szczęście nie mam już ze sobą tak antycznego sprzętu. Grawitacja jest nieco mniejsza od tej, do której przywykłem, czuję więc miłą lekkość ułatwiającą mi mój rekonesans. Moje kroki wzniecają monstrualne echo w ciągnących się aż do zbiegu perspektywy arkadach. Kamienie wydają przeróżne tony. Czasami przypominają one brzmienie jakiejś odległej muzyki, ciągnącego się melancholijnie makamu, w którym znajduję miraże cytr i fletów. Bezwstydne, groteskowe cienie krążą wokół mnie jak tancerki upojone tańcem. Szukam rzeźb, które mogłyby zdradzić tajemnicę twórców tego kompleksu. Niestety, wszędzie ciągną się arabeski umiejętnie tkanych linii, w których mimo całej swojej wiedzy nie rozpoznaję pisma. Muszę jednakże zgodzić się z opiniami matematyków. Dziedziniec przed budowlą zawiera wykład z matematyki, którego imponujące tezy z pewnością pobudzą naszych uczonych. Źródło zawartej w nich wiedzy wydaje się być równie niemożliwe jak obecność tego budynku na martwej od zawsze planecie. Być może będę pierwszym twórcą tutejszego życia, o ile bakterie zawarte w moim oddechu nauczą się przetwarzać tutejsze minerały.

   Zaskoczyły mnie drzwi prowadzące do wnętrza budowli. Ich surowiec przypomina drewno, jednak moje detektory chemiczne wskazują na proste, nieorganiczne związki węglowe. Wnętrze budynku zadziwia swoim pięknem. Kopuła wspiera się na czterech półkopułach, które pną się na rzędach delikatnych kolumn. Niezliczone rzędy elipsoidalnych okien odbierają ścianom ich ciężar. Łagodnie profilowane linie pną się po ścianach tworząc estetyczne wzory, co do których matematycy mieli podzielone opinie. Możliwe, że są one kontynuacją rozważań z dziedzińca, jednakże wykraczają poza znane nam teorie i systemy. Całkiem możliwe, że to w nich tkwi rozwiązanie tajemnicy tej samotnej konstrukcji. Wnętrze budowli jest czyste, ułożone z kolorowych płyt posadzki pokrywają tylko wątłe płaty piasku. Mój wzrok zatapia się w niszach, których geometria przyciąga nieodparcie uwagę, zdaje się płonąć ogarnięta własnym, tajemniczym ruchem. Unoszę głowę do góry. Cięta w pasy okien kopuła budzi we mnie lęk niezwykłą śmiałością swojej skali. Fioletowe światło rozcina przestrzeń nade mną tłustymi smugami. Lęk, który odczuwam już od jakiegoś czasu, każe mi opuścić głowę. Również we wnętrzu architektonicznego kompleksu, gdzie nie dociera wiatr, słyszę muzykę. Jest to zapewne dźwięk kształtów, symfonia załomów ścian, których nieznanej logiki nie jestem w stanie pojąć. Być może chaotyczny ruch cząsteczek tutejszego powietrza ożywia te ukryte w murach smyczki i trąbki.

   Choć mój niepokój jest coraz bardziej wyrazisty, nie mogę wyjść z wnętrza samotnej świątyni. Czas płynie niepojętą dla mnie drogą. Fioletowe światło ustępuje miejsca krwistej czerwieni. Przechodząc pod centralną częścią kopuły odczuwam nagłe uderzenie spokoju, dziwnej harmonii zmysłów i uczuć, która zmusza mnie do tego, abym usiadł. Opadam na chłodną posadzkę, zamykam oczy i wsłuchuję się w ogarniającą mnie muzykę. Moja percepcja wyostrza się i rozpoznaję temat zawarty w dźwiękach. Myśl przewodnia utworu powraca, ciągle zmieniając się w karkołomnych inwersjach, wariacjach i zmianach tempa. Mam wrażenie analogii pomiędzy wypełniającym mnie dźwiękiem, a wzorami pokrywającymi budowlę. Zastanawiam się, czy matematycy odkryli tą zależność. Będę musiał im udostępnić mój rejestrator myśli, z którego ciągle korzystam. Próbuję użyć nieco staromodnego mikrofonu, ale nie wykrywa on żadnej fali akustycznej. Natura słyszanych przeze mnie dźwięków musi być zatem bardziej złożona, z pewnością ma jakiś aspekt elektromagnetyczny, wpływający bezpośrednio na mój układ nerwowy. Po chwili jednak mój zestaw pomiarowy wykrywa jakiś dźwięk. W ogarniającej mnie muzyce pojawia się lekki dysonans. Odwracam głowę i dostrzegam podobną do węża istotę pełznącą w moim kierunku. Podobieństwo do ziemskiego gada jest tylko powierzchowne, przybysz przypomina bardziej korzeń drzewa pokryty mchem. Rozpoznaję jakieś narzędzia, albo też strój, który nie stanowi ciała intruza. Nieoczekiwany gość, albo też i gospodarz tej budowli jest zapewne istotą inteligentną. Włączam podręczną encyklopedię, nie odnajduje ona jednak opisu przybysza. Przełykam nerwowo ślinę. Miliony inteligentnych istot zamieszkujących tą część kosmosu dawno zostały poznane, spotkanie kogoś innego jest niemożliwe, jeśli nie liczyć pojawiających się to tu, to tam archeologicznych rewelacji. Ogarnia mnie niezwykły atawizm. Nie wiem, jak zachowa się mój nieoczekiwany sąsiad. Odczuwam strach, myślę nawet o groteskowych przedmiotach obronnych, które widziałem kiedyś w muzeum sztuki prehistorycznej. Na szczęście intruz spaceruje bez pośpiechu po budowli, nie zwracając na mnie uwagi. Aby się uspokoić przeprowadzam inne pomiary. Struktura biochemiczna istoty jest dość zbliżona do typu ziemskiego, od biedy można by nazwać ją roślinną. Uśmiecham się w myślach widząc dalekiego kuzyna. Organizmy białkowe są bardzo rzadkie w znanym wszechświecie, stanowią obiekt fascynacji przedstawicieli dużo bardziej popularnych odgałęzień procesu ewolucji. Tymczasem istota kończy swoją przechadzkę i bez pośpiechu kieruje się w moją stronę. Włączam translator, którego oprogramowanie po milionach lat kosmicznych spotkań zostało doprowadzone do całkowitej perfekcji. Posiadanie tego urządzenia jest niepoprawnym przejawem romantyzmu, gdyż już od wielu eonów wystarczają zwykłe słowniki. Jak widać romantyzm czasem ma swoje praktyczne uzasadnienie.
-        Pokój z tobą! – mówi istota. Spoglądam na lśniące punkciki, które są zapewne zmysłem optycznym tego roślinnego bytu.
-        I z tobą! – odpowiadam, dziwiąc się nie po raz pierwszy uniwersalności tego pozdrowienia. Rzecz jasna słowo „pokój” występuje już tylko w słownikach języków antycznych, mimo to nadal większość mieszkańców kosmosu wygrzebuje to archaiczne słowo przy pierwszym kontakcie. – Czy to twoja budowla? – pytam.
-        Tak – odpowiada przybysz.
-        Mam nadzieję, że nie naruszyłem twojego spokoju z nią związanego – kontynuuję.
-        Nie – pada odpowiedź.
-        W jakim celu została wzniesiona ta konstrukcja? – istota zwija się w kłębek wokół mnie i spogląda na translator. Wygląda na zdezorientowaną.
-        Nie rozumiem – mówi w końcu.
-        Po co wzniesiono ten budynek? – nie daję za wygraną, jednak z translatora nie dobiega żaden dźwięk. Sprawdzam układy zasilające, jednak nie wyglądają na uszkodzone. Zapada cisza. Istota nie wygląda na zdziwioną, ja jednak patrzę nerwowo na urządzenie. Wreszcie odkrywam źródło problemu. Wyświetlacz oznajmia brak zgodności mentalnej. Najwyraźniej cywilizacja tych roślinnych istot nie zna pojęcia przyczyny i kontynuacji. Przełączam sygnał zgodności na pasmo akustyczne.
-        Mam na imię Jasin ad–Din. Jak ty masz na imię? – zadaję pytanie natury bardziej osobistej.
-        Brak zgodności mentalnej – oznajmia translator.
-        Czy jesteś świadomością zbiorową? – ustalam z determinacją urzędnika biura klasyfikacji.
-        Nie – tym razem istota mnie rozumie.
-        Skąd się tu wziąłeś, nie widziałem jak tu przyleciałeś? – rzeczywiście, detektory w moim statku powinny mi były zgłosić ruch na orbicie planety, zaś mój detektor uprzedziłby mnie o teleportacji w promieniu 40 kilometrów.
-        Brak zgodności mentalnej – stwierdza translator cokolwiek tajemniczo.
-        Mieszkasz tu? – zastanawiam się dalej, nie mogąc sobie jednak wyobrazić jak tak złożony organizm mógłby egzystować samotnie na powierzchni tej planety, nie mając nawet węgla koniecznego do fotosyntezy. Jeśli nie liczyć drzwi na przekąskę.
-        Nie. Ta planeta nie jest mieszkaniem.
-        A czym jest? – dziwię się.
-        Brak zgodności mentalnej.
-        Te rysunki na ścianach to zapewne odbicie waszych odkryć w dziedzinie nauki? – zmieniam temat.
-        To sztuka, malarstwo realistyczne – oznajmia przybysz. Oglądam mury budowli. Istota najwyraźniej odbiera rzeczywistość za pomocą formuł matematycznych. Zupełnie jak Pitagoras, stworzenie żyjące na Ziemi na miliony lat przed ukształtowaniem się tam pierwszej cywilizacji. – Niezbyt udane – dodaje istota.
-        Jakie planety są waszym mieszkaniem? – pytam.
-        Nie mieszkamy na planetach. Jak można tam mieszkać? To kompletnie niemożliwe – dziwi się istota.
-        A gdzie mieszkacie? – dociekam z nadzieją.
-        Brak zgodności mentalnej.
-        Wiele istot inteligentnych mieszka na planetach – tłumaczę mojemu rozmówcy.
-        Nie, to nieprawda – stwierdza istota.
-        Ależ tak. Ja na przykład mieszkam w układzie (podaję współrzędne).
-        Ale przecież ty nie jesteś istotą inteligentną, jesteś (brak zgodności mentalnej).
-        Wedle obowiązujących definicji jestem istotą inteligentną – tłumaczę łagodnie.
-        (brak zgodności mentalnej) wydaje się, że są inteligentne – istota unosi w górę przednią część ciała.
-        Ale dlaczego? – wzdycham.
-        Brak zgodności mentalnej.
-        Wydaje mi się, że twoje wnioski są nieobiektywne – stwierdzam. – Przecież rozmawiamy.
-        Istoty inteligentne nie rozmawiają.
-        A co robią?
-        Brak zgodności mentalnej.
-        No dobrze – stwierdzam nieco złośliwie. – Ale ty przecież rozmawiasz.
-        Interesuję się zoologią – mówi, prawdopodobnie spokojnie, istota. Nie wiem za bardzo co odpowiedzieć. Istota prostuje się powoli i udaje się na dalszą przechadzkę po swojej galerii nieudanego malarstwa. Widzę, jak wyciąga dłuto i zaczyna poprawiać rysunki na jednej ze ścian. Nie mając już nic więcej do roboty, ja też wstaję i udaję się do wyjścia. Mój gospodarz nie zwraca na mnie uwagi. Zapewne nie byłem dla niego przyrodniczą rewelacją.

   Będąc już w drodze do teleportu 129990879 OPI włączam ponownie rejestrator myśli. Jeśli chodzi o spotkania z nowymi cywilizacjami, wyczerpaliśmy już istniejące w tej części wszechświata możliwości. O ile oczywiście translator, sprawdzony w tylu milionach sytuacji, działa rzeczywiście niezawodnie. Przed nadchodzącymi wyborami do Rady Światów nasuwają się dwa postulaty. Albo trzeba będzie zwiększyć nakłady na konstrukcję nowych typów inteligencji, albo opracować w końcu nową metodę teleportacji, która otworzy nam pozostałe części wszechświata. Przeglądając archiwa z ostatnich dwóch tysięcy lat natknąłem się, ku swojemu ogromnemu zdziwieniu, na wiele przykładów spotkań ujętych definicją „niepełne”. Za każdym razem zarówno Ziemianie, jak i inne rasy inteligentne były uznawane za przejawy fauny, nie wzbudzające ani zainteresowania, ani tym bardziej chęci zawiązania jakiejś bliższej współpracy cywilizacyjnej. Obawiam się, że nasze priorytety są złe i staczamy się w otchłań barbarzyństwa. Rozwój naszych cywilizacji stał się zapewne zbyt linearny i za bardzo oderwany od rzeczywistości. Jako argument koronny przytoczę historię mojej własnej cywilizacji (podaję numer w archiwach). Dopiero po długich, bezowocnych próbach wyłoniła się ona z form atawistycznych, które nie były zresztą odbierane przez samych zainteresowanych jako formy zwierzęce.