wtorek, 27 grudnia 2011

Prawda, czy wiara?

Prawda, czy wiara?


   Do zadania tego pytania skłonił mnie swoim artykułem „ Kampania oszczerstw” pan Grzegorz Misiewicz (Akant 6(110)/2006, str. 34). Autor stwarza w nim opozycję pomiędzy imperium dobra ludzi wierzących, a złym cesarstwem ateistów. Postanowiłem zatem zwiedzić te dwa wojujące ze sobą państwa, wiedząc jak istotne są dla wielu autorów i czytelników „Akantu” wartości, takie jak dobro, prawda i piękno. Jak zapowiedziałem w tytule, dziś skupię się jedynie na jednej z nich, czyli prawdzie, którą sam Platon określał mianem mądrości, gdyż, podobnie jak większość swoich współczesnych uważał, iż tylko bogowie znają prawdę, człowiek może zaś do niej dążyć, nie wypada zatem mówić o tym, czego się nie zna, chyba, że jest się jednym z  bogów.

   Pierwsze pytanie dotyczy tego, czy katolicy są predestynowani do tworzenia „cywilizacji dobra”? Nie trudno zauważyć, że katolicyzm był do końca XVIII jedyną wiarą Francji, Hiszpanii, czy wielu państw niemieckich i italskich. Gdy doda się do niego kościół ortodoksyjny i protestantów, obejmie się tym ogół Europejczyków, z wyłączeniem wspólnot muzułmańskich żyjących w Imperium Otomańskim, Tatarów i prześladowanych w całej Europie wyznawców judaizmu. Po krótkim okresie Rewolucji Francuskiej nastąpił nawrót do wiary chrześcijańskiej i w zasadzie w XIX wieku trudno mówić o ateistach na łonie Cywilizacji Zachodniej. Jako, że prawda sama się broni, nie będę opisywał historii Europy od V wieku do XIX, gdyż przekraczałoby to stanowczo objętość tego czasopisma. Podam tylko jeden przykład. Jak wiemy, przez blisko 800 lat w Hiszpanii kwitły państwa muzułmańskie. Przez cały ten okres istnieli w nich chrześcijanie. Gdy ostatni przyczółek islamu w zachodniej Europie, jakim był Emirat Granady padł, w przeciągu pięćdziesięciu lat wygnano, lub wymordowano wszystkich hiszpańskich muzułmanów. Uczynili to monarchowie Kastylii i Aragonii, wyróżnieni przez Kościół mianem Monarchów Katolickich. W następnych dekadach ogłoszono prawo „czystości krwi”, pozwalające prześladować Świętemu Oficjum Kościoła Katolickiego wszystkich, którzy mieli wśród swoich przodków Żydów, lub muzułmanów. Również szczególnie brutalna epoka kolonializmu nie była bynajmniej dziełem ateistów. Zarówno większość Anglików, jak i Francuzów była wtedy chrześcijanami, a poświadczone są liczne relacje o tym, jak misjonarze chrześcijańscy pomagali rozeznać się w terenie zdobywcom, umożliwiając im łatwiejsi podbój. Patrząc na to ogólniej, nie wszystkie religie są prozelityczne. Zarówno hinduizm, jak i taoizm nie zajmowały się głoszeniem swojej wiary. Byli (i są) w tych religiach mistrzowie, którzy swoją mądrością przyciągali uczniów chcących przybyć do nich, wbrew rozlicznym trudnościom. Z kolei Islam zainteresowany jest co najwyżej zajęciem określonego terytorium. Choć muzułmanie zdobywali w swoich dziejach nowe dla siebie tereny, nie nawracali na siłę. Uważano bowiem, że ludzkie drogi poznania są we władzy Allacha, a Allach jest od zawsze. Prorok Mahomet nie przyniósł nowych prawd, lecz odnowił stare, istniejące od zawsze. Jak głosi Koran, każdy lud miał swojego proroka, zaś Mahomet był ostatnim z nich (jak głoszą sunici). Nie było zatem celowe z punktu widzenia islamu stosowanie przemocy wobec wyznawców innych religii. Niekiedy inny los spotykał politeistów, lecz, jak pokazuje historia Północnych Indii, wielu muzułmanów było się w stanie pogodzić nawet z tak zupełnie odmiennymi od swoich własnych przekonaniami. Wydaje mi się zatem, że brutalność kolonializmu wynikała z jednej strony z żądzy zysków, jednakże istotnym jej elementem był również brutalny prozelityzm chrześcijan, wynikający z ich wiary w jeden konkretny historyczny fakt, który zmienił definicję człowieczeństwa, dając nieśmiertelność rodzajowi ludzkiemu. Stąd też częste były w historii chrześcijan rozważania na temat tego, czy Murzyni, Indianie oraz Muzułmanie są ludźmi. Dla ułatwienia krucjat Kościół uznał, że muzułmanie nie są ludźmi, lecz wcieleniem zła, później, z innych względów, definiowano w tak mało humanistyczny sposób Murzynów. Biali muzułmanie nigdy nie wpadli na taki pomysł, gdyż nie było na to miejsca w ich religii. Biali hinduiści nieraz traktowali czarną ludność południowych Indii z góry, jednakże nigdy nie postawiono tam tak wyraźnej „kropki nad i”, dzięki czemu ostatecznie ciemnoskórzy Drawidowie włączyli sporą część swoich własnych wierzeń do kultury sanskryckiej. O drawidyzacji białych Ariów świadczy współczesny hinduizm, w którym co najmniej połowa elementów pochodzi z Południa. Piszę o tym wszystkim nieco rozwlekle, abyśmy wszyscy mogli się zastanowić nad tym, o jakiej „cywilizacji dobra” mówimy. Być może moje przypomnienia godzą w wiarę chrześcijan, ale ja pytam o prawdę.

   Druga rzecz, to wojujący ateizm. Otóż wiele religii nie wiąże się wcale z teizmem. W ogromnej mierze impersonalistyczni są buddyści. Ciężko mówić o stanie rozpłynięcia, nirwany, jak o bogu. Również impersonaliści hinduistyczni ze swoją mokszą, wyzwoleniem, nie są bynajmniej  teistami. Nawet rozliczni muzułmanie, którzy podkreślają, że Allach nie jest do niczego podobny i nie miał z pewnością synów, ani córek, niekoniecznie mieszczą się w europejskiej definicji teizmu. Wydaje mi się, że większość teistów zakłada istnienie jakiegoś osobowego, nadrzędnego Boga. Tymczasem wielu wyznawców innych od chrześcijaństwa religii uważa, że osobowość jest przeszkodą na drodze do prawdy. Szczególnie łatwo zrozumieć tą odmienność definicji duchowości na przykładzie chińskiego buddyzmu chan i wyrastającego z niego japońskiego zen.  Istotą dążeń ludzkich jest w nich doskonała i pełna harmonia chwili, w której nie ma zaświatów, ani wieczności. Dla większości buddystów pragnienia i lęki niewykształconego człowieka są najważniejszą przeszkodą w rozwoju duchowym, gdy tymczasem wielu filozofów chrześcijańskich uznaje lęk przed śmiercią za istotę człowieczeństwa.

   Po trzecie, zgodzę się z panem Misiewiczem w tym, że „Kod Leonarda da Vinci” jest kiepskim dziełkiem powstałym po to, by zarobić na bazie szokowania innych, jak czyni to wielu współczesnych pseudoartystów.  Nie czytałem tej książki, ale z czystej ciekawości obejrzałem film, dobrze zagrany i zrealizowany, niestety z bardzo kiepską fabułą. Oczywiste jest dla mnie, że Brown wybrał dla swojej książki obraz Leonarda li tylko dlatego, że ktoś kto nie ma bladego pojęcia o malarstwie zna zazwyczaj imię tylko tego jednego artysty. Gdyby bardziej popularny był na przykład Tycjan, mielibyśmy „Kod Tycjana”. Nie wiem jak z książką, lecz w filmie puenta ma wymowę prochrześcijańską. Główny bohater, widząc przed sobą pochodzącą od Jezusa główną bohaterkę stwierdza, iż nie jest dla niego istotna prawda, ważne jest bowiem to, że gdy za młodu wpadł do studni dużo się modlił i to mu pomogło. Przez cały film zresztą towarzyszy nam klaustrofobia bohatera, która w ten sposób zostaje w końcu objaśniona. Wydaje mi się, że owa puenta filmu jest ważna dla naszych czasów. Nie ważne, jaka jest prawda, my i tak wierzymy... W XXI wieku wiara stała się dla niektórych ludzi samoistnym bóstwem i stąd chyba wynika dychotomia o jakiej wspomina Misiewicz – albo wiara, albo cywilizacja zła. W innym miejscu swojego eseju mój interlokutor ciska gromy na bluźnierczą Ewangelię Świętego Judasza. Tymczasem należy ona do tekstów manichejskich, które zakładają w chrześcijaństwie istnienie dwóch niezależnych pierwiastków – dobra i zła. Wbrew sprostowaniom polemistów powieści Browna, w istocie na soborze w Nicei uznano manicheizm za herezję, a jego wyznawców w następnym stuleciu prześladowano. Również dopiero w IV wieku naszej ery ustanowiono oficjalny kanon ewangelii, o czym świadczy choćby silna tradycja apokryficzna w dalekim Albionie. Nie byłoby jej, gdyby już na wstępie określono kanon chrześcijaństwa. Jeszcze w VIII wieku naszej ery poeci irlandzcy w piękny sposób nawiązywali do Ewangelii manichejskich. Ciężko pojąć, skąd u Misiewicza wzięła się tak gniewna reakcja związana z tym apokryfem...  Poglądy manicheistyczne są bowiem wciąż obecne w chrześcijaństwie i, powiem śmiało, trzeba było być na to złym już wcześniej... Istnieją też inne powody do złości. Na przykład Lucyfer był rzymskim bogiem gwiazdy zarannej, i wskazywał on politeistycznym kapłanom czas rozpoczęcia codziennej ceremonii powitania Heliosa, boga Słońca. Ta stara indoeuropejska tradycja nadal istnieje w Indiach i nazywa się Surjanamaskar. Nietrudno się domyślić, dlaczego mianem Lucyfera nazwano chrześcijańskiego szatana. Podobnie Boże Narodzenie przypada na czas dawnych rzymskich Saturnaliów, gdy, jak wierzono, wracały na chwilę rządy Tytana Saturna i przez kilka dni panował złoty wiek, w którym ludzie dawali sobie prezenty i zawieszali wszystkie spory, wieszając w domach gałązki oliwne. Natomiast wieczerza, przemiana krwi w wino i rozdanie chleba związane były z kultem Dionizosa i niektóre rzymskie i helleńskie sekty, na długo przed pierwszym wiekiem naszej ery uważały ten ryt za klucz do nieśmiertelności, która nie była elementem wiary większości starożytnych. Zarówno zdaniem Homera, jak i Seneki, nieśmiertelna była jedynie sława wynikająca z cnoty męstwa. Opisy apoteozy Heraklesa również zawierają wiele elementów znanych z pasji Chrystusowej, co nie dziwne, gdyż u kresu ziemskiego życia wielki i czczony onegdaj powszechnie heros wraca wśród mąk do Boga Ojca, jak zwano Jowisza. Różnica jest w tym, że zdecydowanie nie każdy śmiertelnik mógł być herosem i było to zdarzenie wyjątkowe, nie zaś powszechne. I to, a nie biedni, dostatecznie już w swojej historii prześladowani manichejczycy, powinno złościć mieszkańców imperium dobra.

   W ramach sprostowań „Kodu Leonarda da Vinci” dowiedziałem się, że takie nazwy jak Galilea i Nazaret  włączono do Ewangelii później, gdyż w I wieku naszej ery te miejscowości najzwyczajniej w świecie nie istniały. Uczyniono to po to, by dodać Stary Testament do Nowego, co miało być historyczną legitymacją wiary. Polemizujący z Brownem bibliści uznają te topograficzne odkrycia za wiedzę już przyjętą, nie zaś za hipotezę. Inną istotną informacją w ramach polemik była ta, głosząca, iż Ewangelie nie są wcale opisem historycznych zdarzeń, lecz symbolicznym katechizmem dla nowych wyznawców chrześcijaństwa. Można by stwierdzić, że dekoderzy kodu są znacznie bardziej wojujący w swoim ateizmie niż sam Brown. Lecz, podobnie jak on, wspominają na swój sposób o owej studni, miejscu uczczenia wiary jako takiej. Znów warto spytać o paradygmat – prawda, czy wiara? Gdzie kończą się wartości, a zaczyna walka o swoją ideę, która może być także przyczyną niewyobrażalnego rozlewu krwi i nietolerancji? Bądź co bądź, można także wierzyć w walkę klas, jak Che Guevara, czy w czystość rasy aryjskiej, jak naziści. Różne są wiary w ludzkich sercach i stają się one bestialskie, gdy gardząc prawdą (czy, jakby rzekł Platon, mądrością) robią dalej swoje. Gdy wszystko obok nich staje się imperium zła, jest to chyba znak, że zaczyna się jakaś nowa krucjata, bądź kolonizacja. Tymczasem przypomnę, że wielu ludzi na całym świecie definiując swój Absolut uważa, że nie trzeba bronić na siłę tego, co leży u podstaw wszystkiego. Istnieje pojęcie społeczności, sunny, albo związanej z rządami dharmy (Indie). O to rzeczywiście można walczyć. Ale co daje ludziom prawo do wdzierania się w serca swoich braci i mówienia im tego, co należy myśleć? Gdy bóg staje się człowiekiem, jest to może łatwe do wytłumaczenia, lecz naprawdę nie wszyscy zakładają taką sytuację...

   Kolejne pytanie jakie rodzi esej Misiewicza dotyczy tego, czy rzeczywiście ludzie w coś wierzący trzymają się razem i stanowią spójny obóz wobec cywilizacji zła. Niedawno czytałem wspomnienia Oriany Fallaci dotyczące jej spotkania z papieżem Benedyktem XVI. Zarówno nowy następca świętego Piotra, jak i sławna dziennikarka nie czuli się źle w swoim towarzystwie. Tymczasem artykuły Włoszki są dużo bardziej nienawistne wobec islamu, muzułmanów i Allacha, niż mogłyby takimi być jakiekolwiek bądź karykatury. Nie zauważyłem również, żeby ogół polskich katolików potępiał taki stosunek do Koranu. Nie wiem też, czy twórcy sławetnych karykatur byli rzeczywiście ateistami. Jak zatem umieściłby pan Misiewicz w swojej dychotomii między światem wiary, a imperium zła spotkanie Benedykta XVI z Orianą Fallaci?

   Wreszcie pisze pan Misiewicz z obrzydzeniem o żydówce Kazimierze Szczuce, która wyśmiewała się z niepełnosprawnej Magdy Buczek. Nie znam tej sprawy, więc może nie zrozumiałem do końca słów autora eseju. Być może pani Magda obok tego, że była niepełnosprawna miała poglądy antysemickie, być może antysemityzm o którym pisze Kazimiera Szczuka nie ma nic wspólnego z jej wyznaniem.  Tym niemniej nie każda religia ma taki sam stosunek do ludzkiego życia i losu. Na przykład hinduiści wierząc w reinkarnację uważają ludzką formę za jedną z wielu w niekończącym się szeregu wcieleń. To, czy dana osoba jest ptakiem, czy ślepcem, zależy od jej więzów karmicznych, uczynków z poprzedniego życia. Buduje to istotne różnice pomiędzy etyką chrześcijańską a hinduistyczną. O ile hinduiści nie muszą się czuć zobligowani do pomagania osobom kalekim i biednym, o tyle chrześcijanie zabijają zwierzęta, co dla większości hinduistów jest nie do przyjęcia. Ludzkie życie ma również w hinduizmie inną wartość, albowiem po śmierci danej osoby jej atman przywdziewa po prostu inną formę. Wędrujący drogą takiej metempsychozy atman nie jest tożsamy z chrześcijańską duszą, nie jest osobowy. Jest on poza umysłem, poza lękiem i nadzieją. Tym niemniej hinduiści starają się do niego zbliżyć poprzez medytację, która jest budowaniem w sobie drogi do wyzwolenia z kręgu wcieleń. Początek drogi, czyli dana konkretna istota, zależy od czynów poprzednich wcieleń. Konkretne, jednostkowe życie nie jest tutaj najważniejsze. Często lepiej się zabić, niż złamać słowo, gdyż to ostatnie waży na wielu przyszłych wcieleniach. Gdy zatem się mówi o cywilizacji życia w świecie chrześcijańskim, nie mówi się o Indiach. Dla Hindusa Europa gdzie spożywa się tony seryjnie hodowanych krów nie ma wiele wspólnego z szacunkiem do życia i zasadą ahimsy, czyli niekrzywdzenia. Znów wypada zapytać, po jakiej stronie umieściłby pan Misiewicz hinduistów?

   Wracając do srebrników Judasza, skąd w ogóle bierze się w tak zwanej religii miłości taka postać? Skąd też wzięły się karykatury Mahometa obecne już w średniowiecznych ołtarzach, podczas gdy muzułmanie wcale nie obrażali chrześcijan? W Koranie pisze się o Jezusie, który zwany jest w nim prorokiem Issą. W kilku miejscach Koran przeczy możliwości posiadania synów przez Allacha, jak również informacjom o śmierci i zmartwychwstaniu proroka Issy. Mahomet podkreśla w swojej Księdze, że jest tylko zwykłym człowiekiem, tak jak byli nimi inni prorocy, których było wielu, nieskończenie wielu, jak uważają niektórzy muzułmanie. Byli też prorocy należący do innych gatunków stworzeń, wśród których islam wymienia tajemnicze dżiny, co przy naszej współczesnej wiedzy o wszechświecie nie powinno dziwić. Spotkałem się z informacją o negatywnym odbiorze „Kodu Leonarda da Vinci” przez muzułmanów, lecz nie wiem, co w tym filmie mogło tak wzburzyć świat islamu. Oczywiście Issa mógł mieć potomków w świetle nauk islamu, mógł mieć też żonę. Przecież Aisza była żoną Mahometa i odegrała bardzo pozytywną rolę w początkowych latach islamu. Dużo bardziej obrazoburczy powinien być dla muzułmanów fakt ubóstwienia Jezusa, co za tym idzie, dużo mocniej powinien ich oburzać film będący po prostu ekranizacją którejś z oficjalnych Ewangelii. Będąc w Turcji zauważyłem popularność, jaką cieszyła się wśród tamtejszych muzułmanów apokryficzna ewangelia świętej Magdaleny, która nie zawiera apoteozy Chrystusa. Jeśli zatem dochodzą do nas informacje o poruszeniu, z jakim spotkał się u muzułmanów „Kod Leonarda da Vinci”, przyczyna może być tylko jedna. Otóż w filmie dalecy potomkowie proroka Issy inicjują niejako wyprawy krzyżowe, które były przecież bestialską masakrą zupełnie niewinnych mieszkańców Palestyny. To rzeczywiście może szokować, nie zaś informacja o tym, że prorok, będący tylko zwykłym człowiekiem mógł mieć żonę i dzieci.

   Wydaje mi się, że w „Kampanii oszczerstw” przekroczył pan Misiewicz pewną granicę, jaką daje nam demokracja, co za tym idzie wolność słowa. Przypuszczam, że w swoim eseju propaguje autor jakąś swoją jedynie słuszną prawdę, dla wzmocnienia swojego autorytetu dorzucając „wszystkich innych wierzących”. Całą zaś resztę ludzkości nazywa Misiewicz bluźnierczym światem zła. Podejrzewam, że gdyby autor eseju żył w XVI wiecznej Hiszpanii z chęcią stałby się familiarem inkwizycji,  zaś dziś, być może, członkiem frankistowskiego Opus Dei. Tymczasem prawda (czy jak chce Platon, mądrość) obroni się sama. Być może nawet głupota „Kodu Leonarda da Vinci” i jeszcze większa ignorancja wielu jego dekoderów pomogą wszystkim wybrać między wiarą a prawdą. W prawdę nie trzeba bowiem wierzyć. Ona jest, zaś strach przed śmiertelnością nie jest tu żadnym przewodnikiem.     

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz