wtorek, 27 grudnia 2011

Małpy z Vrindavan


Nowy rok we Vrindavan, ognie fajerwerków
barwią już niebo pozbawione chmur.
Małpy biegną przed siebie skulone od dźwięków,
nie znają celu, przeraża je huk.

Zdaje się, że świat kona, nie ma gdzie uciekać;
na próżno skaczą z wysokich murów,
ich twarze strach przekuwa w oblicza z kamienia,
zmienione milczą jak maski bólu;

z masywnych dachów świątyń bezradne spadają;
w grozę ścian walą ich łby kosmate
i kłębią się bezwładnie ślepe kanonadą,
nie znając święta, żegnają trwanie.

W ich myślach tłok obrazów chce szukać przyczyny,
refleksji szkodzą instynkty władcze.
Najpierw trzeba uciekać, dumać w lepszej chwili,
wśród członków stada, z bananem w łapie.

Teraz nie ma nadziei, znikły miejsca znane;
w trupich rozbłyskach zatonął ich kraj.
Zalany mrokiem bazar więzi je w rozkładzie,
a konary drzew szczerzą się w błyskach.

Nagle zapada cisza, gaśnie nocny pożar,
powraca księżyc, srebrne liany gwiazd;
małpy strach jeszcze ściga, co w ich myślach osiadł,
lecz wódz już stanął i resztę wzywa.

Wraca stada hierarchia, dostaje w kark młodzik,
co blisko samic siadł roztargniony,
wnet powraca zmęczenie, nikt nie spał tej nocy,
nie jest im miły czas mrocznej pory;

wtedy śmiałe są węże, czerń wspiera ich łowy,
małpom zamyka ich oczy chytre.
Czują się więc zgubione, pełne melancholii,
Do sióstr się tulą, głowami skryte.

Jednak stada przewodnik jeszcze nie zasnął,
łapy podwinął, uważnie patrzy,
tam gdzie płonęło niebo, które nagle zgasło.
Łapą łeb drapie, chwieje się cały.



Oto znowu dwa światy – własny i nieznany,
pierwszy drzew pełen, dawnych zwyczajów;
drugi wciąż się rozrasta, zakrywa murami,
jeździ blokami żelaznych kształtów,

czasem owoce rzuca, niedbale je kładzie,
lecz bije kijem, gdy ktoś je weźmie.
Ciężko dni wiele wspomnieć, każdy obraz gaśnie;
marszczy czoło pan nad małpim szczepem.

Wystarczy wyrwać przedmiot z białych chwytnych szponów,
dziwny w dotyku i niejadalny,
zaraz lecą kamienie miotane przez wrogów,
lub okup smaczny, nieraz banany…

Lecz te blaski wśród zmierzchu to większa zagadka,
taka nieczęsta, obca pamięci.
Skąd ten rzadki kataklizm, jaka w nim tkwi prawda?
To małpi władca wiedzieć jest chętny.

Jeszcze wczoraj był blisko odkrycia zagadki,
porwał obcemu przedmiot nietrwały,
suchym liściom podobny, lecz złączonym w paski,
on je rozdzielał drąc na kawałki.

Licząc na okup smaczny nie wiedział, co niszczy,
była to książka o ewolucji,
ten kamień filozofów pragnący odkrywcy;
gdyby to pojął, wiele by zbudził.

Lecz nawet student młody, co księgę utracił,
nie chciał jej spłacić soczystym mango.
„Koniec z biologią!” – krzyknął, egzamin miał zdany. –
„Czas się pomodlić, bo poszło łatwo.”


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz