wtorek, 27 grudnia 2011

Monsunowy erotyk




Dziś w Indiach pierwszy monsun, deszcz gra Miyank Malhar,
Ulewa łamie ciszę, z łoskotem opada.
Choć świt skrył się za chmurą we mnie wzeszło słońce,
Błądzi w moim oddechu, wznieca sny gorące.

Zza wiosennej zasłony płynie pieśń Gandharwów,
Tak jak greccy faunowie, skorych wciąż do żartów.
Widzę nimfy przejrzyste o szerokich biodrach,
Krągłe piersi boginek, nagość stóp w obrączkach.

Przy wtórze jasnych głosów, chwieją się lingamy,
Panny łapią ich męskość, niosą do swej bramy,
Słychać głośnie westchnienia, żar pary już spoił,
Arbuzami pośladków młodzieńców otoczył.

Tryska płodna śmietana, wpływa do ich wnętrza,
I zanurza się w ustach, skóry biel oblepia,
W mieszkańcach Indry zamku wzbiera rytm ekstazy,
W pozach tantrycznej jogi płeć otwiera światy.

Oto nad nurtem przemian rozmyślają bogi,
Żądza ich wciąż napełnia, rzuca ślad głęboki.
Miękkie dłuta rozkoszy wciąż kują swe dzieło,
Błogie piękna posągi krzyczą ciągle w niebo.

Już nie chcę być samotna dołączam do tantry,
Zaraz w głodnym przecięciu do pępka skra pali,
Już jeden z boskich dworzan unosi swą rękę
I szuka mojej formy linie kreśląc kręte.

Jego tors twardy badam, potężny jak mury,
Które wznosił sam Brahma z dzieła swego dumny,
Pocałunkiem gzyms zjadam, drży wieża kreacji,
Na swoich udach czuję jak wąż czyha biały.

On chyba jad zgromadził w swoim ciepłym pysku,
I chce mnie nim ukąsić w miejsce drogie życiu,
Ja gubię się w obawie co kształt mój napełnia,
I matki skarbce mleczne w wielkie góry zmienia.

Nagle chmurny Kajlasa, Sziwy szczyt wysoki,
Moje łono zdobywa i wierci dół słodki,
A w środku wciąż obrasta i rozpiera brzegi,
Niespokojny i chmurny wyrzuca swe śniegi.

Mkną po sobie znów burze, w zmysłach lśnią pioruny,
Fala idzie od wargi, po przystań natury,
Mnie opętała barwa, której nic nie zgubi,
Gdyby nie jej odcienie czas byłby dość krótki.

W metrum siły gwałtownej już bez słowa wołam,
Wulkan lawą wybucha, już magmą przemokłam
Po mokre liany ramion, stóp chłodne lotosy,
Wśród szczęścia zabłądziłam i zgasły me oczy.

Nagle wdziera się cisza, sztorm dalej odchodzi,
Sari z ziemi unoszę i wyżymam w dłoni.
Patrzę jak kapią łezki niedawnego szału,
Badam wzburzony przestwór, czekam znów opadów.  




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz