Powiało wiatrem, o „Proboszczu” Stefana Pastuszewskiego.
Powiało wiatrem. Jeśli okno w domu czytelnika tej recenzji stuka posłuszne nadchodzącej wiosennej burzy, spieszę nadmienić, że nie o taki wiatr mi chodzi. Powiało wiatrem w noweli Stefana Pastuszewskiego zatytułowanej „Proboszcz”. Ów zefir, albo i boreasz obecny jest już na okładce dzieła, na której zobaczyć możemy blaszaną sygnaturkę na kościelnej wieży, ogromnie na ten powieściowy wiatr czułą. Skrzypieniem tej żelaznej chorągiewki rozbrzmiewa cała opowieść bydgoskiego pisarza, przez co nie chcę powiedzieć, że jest to utwór zardzewiały i nieprzyjemnie brzmiący. Bynajmniej. Dźwięki kolebiącej się sygnaturki świadczą o eleganckim użyciu w noweli motywu przewodniego, zawierającego ciekawą i skłaniającą do refleksji treść symboliczną. Lecz o niej później. Wpierw wypada zwrócić uwagę na materię literackiego dzieła, a w przypadku prozy jest nią chęć nadania życia bohaterom książki, obdarzenie ich własnym charakterem, który nie jest jedynie odbiciem psyche pisarza. Zgodnie z moimi oczekiwaniami, autor „Dziwnych spraw” sprostał temu zadaniu w sposób mistrzowski i rzadki już niestety w polskiej prozie XXI wieku. Główną postacią noweli, której nigdy nie opuszczamy, jest oczywiście tytułowy proboszcz. Dzięki licznym już dziełom Stefana Pastuszewskiego i jego stałej i mądrej obecności w „Akancie” znam dobrze jego sposób budowania zdań i wyrażania myśli. Główny bohater noweli nie myśli, ani nie mówi Pastuszewskim. Jest postacią odrębną, w której wymyśloną przecież osobowość włożył autor wiele talentu i uczciwej pracy. Wyrzeźbił ją jak mityczny Pigmalion swoją Statuę, którego dzieło doceniła sama Wenus, nadając posągowi tak upragnione przez rzeźbiarza życie. Dziś, kiedy bogowie olimpijscy opuścili swoje ziemskie siedziby ustępując miejsca czasom zamieszkałym przez proboszczów między innymi, ku poprawie, jak chce tu większość, lub też ku pogorszeniu, jak nieśmiało szepczą niekiedy rozkochani w Antyku starożytnicy i nieco szaleni poeci, do których grona i ja mam szczęście się zaliczać, dziś to my, chcąc nie chcąc, musimy zastąpić Wenus i nadać życie dziełu artysty. Autor „Miasta” daje nam tę szansę, tworząc proboszcza z krwi i kości, z całkowicie własnym, integralnym światem wyobraźni, własnym stylem formułowania myśli i opartymi na starannie wytyczonych przez pisarza ramach czynami. Jest to moim zdaniem wiza do królestwa prozy i jak mówią kacykowie zamkniętych na cztery spusty państw – bez niej na granicy kula w łeb i basta! Możemy wejść śmiało, czego z niejedną książką nie warto nawet próbować. Demokratyczna (Ludowa?) Republika Prozy cierpi widać straszliwą tyranię, jednakże Stefan Pastuszewski uśpił dla nas na chwilę straszliwego despotę i zaprosił nas tam, gdzie wstęp pachnie ołowianą kulą. Nie ma nic ważniejszego i już za sam ten fakt warto „Proboszcza” kupić i jednym tchem przeczytać.
Aby dodatkowo uprawomocnić w swoim czytelniczym istnieniu tytułowego proboszcza, użył pisarz zabiegu, który po raz pierwszy zastosował w prozie europejskiej jej zdolny ojciec, czyli Miguel Cervantes. „Proboszcz” jest bowiem przez autora znaleziony, podobnie jak „Don Kichota” znalazł kastylijski antenat i prekursor naszej prozy w zapiskach tajemniczego Araba, który to z kolei opracował być może inne dzieło. Opowieść o błędnym rycerzu leżała w tonach kurzu zalegającym lokalne wioskowe archiwum. Wspomnienia proboszcza dotknęły jeszcze bardziej niebezpieczniejszego rejonu, jakim bez wątpienia jest skład makulatury. Stefan Pastuszewski nie chce jednakże w ten sposób zaznaczyć jedynie narastającego laicyzmu czasów nam współczesnych, nie chce jedynie przedstawić katolickiego księdza jako postaci broniącej idei, które być może już odeszły. Sytuacja wygrzebania powieści na owym cmentarzu kartek i słów ma bowiem przede wszystkim rolę swoistego Sądu Bożego, a także deifikacji przypadku, który zarówno dla proboszcza, jak i dla jego twórcy staje się prawie dowodem na istnienie takiego, a nie innego Boga, w którego nieco egzotyczny autor tej recenzji z kolei nie wierzy, nie będąc też tym, którego opisaniem jest odrzucenie. To trudno wytłumaczyć, ale jeśli ktoś nie wierzy w „A” nie oznacza to wcale, że jest li tylko i wyłącznie niewierzącym w „A”. Może być przecież wierzącym w „B” i „C”, czyli nawet wierzyć bardziej i mocniej w Prawdę, choć z perspektywy funkcjonariusza „A” nie wierzyć wcale. Taki jest świat z perspektywy większości powieściowych i rzeczywistych proboszczów, również z takim światopoglądem identyfikuje się autor, stwierdzając na zakończenie, że albo „A”, albo nie „A”, nie trudno się też domyślić, że „Proboszcz” powstał w obronie „A”. Zważywszy na ostatnie rankingi katolicyzmu w Polsce, muszę przyznać, że należę do nieistniejącej mniejszości, co czynić musi moją recenzję egzotyczną, ale też może dla niektórych ciekawą.
Jako czytelnik mieszkający na tropikalnej i prawdopodobnie bezludnej wyspie (na szczęście z żoną, co daje szansę pewnego jej zaludnienia), mógłbym być nawet zły, że czytam powieść o jakimś dziwnym „A”, którego misjonarzy potraktowaliśmy swego czasu w sposób praktyczny, napełniając kociołki i uzupełniając ubogą w białka dietę. Nie czuję jednak do autora „Proboszcza” gniewu, jaki zawsze w nas rodzi stracony czas. Nie jest tak dzięki talentowi i pisarskiej uczciwości Stefana Pastuszewskiego. Pisarz ukazuje rzeczywiście świat myśli i interpretacji zdarzeń w jakim zanurzony jest proboszcz i jeśli wierzyć rankingom prasy co najmniej 90% mieszkańców Rzeczpospolitej Polskiej III. Powieść jest więc dla mnie reportażem, a dla Was, drodzy Czytelnicy, lustrem (przynajmniej w tych 90%). Przejrzyjcie się w nim, warto, gdyż lustro jest starannie wyczyszczone i wielkie, można ujrzeć w nim buty i czubek głowy. Ja zaś, dzięki wnikliwości autora „Trzech światów” poznaję lepiej nieznane dla mnie obyczaje, problemy i sposoby ich rozwiązywania. Poznaję „A” i tym mocniej czczę moje „B” i „C”, ciesząc się, że mój los nie ustawił mnie w proboszczu, albo przed proboszczem. Z mojej perspektywy życie proboszcza jest walką o złudzenia i nowela, która pokrzepi serca wyznawców „A” jest dla mnie tragiczna. Przypomina mi zjawisko oczekiwania, którego smak jest podobny do „Procesu” Kafki, albo „Czekając na Godota” Becketa. Jednocześnie „Proboszcz” nie jest w swoim języku narracji szary, ciężki i przygnębiający, co, o ile chcecie posłuchać dzikusa z tropikalnej wyspy, oznacza, że wbrew pozorom (konsumpcji, internetowi, rozwiązłości obyczajów), wasze „A” rośnie. I o tym też świadczy „Proboszcz”. Jest świadectwem wiary w „A”, powszechnej w III Rzeczpospolitej. W tej zaś Rzeczpospolitej, gdzie żyli Sarmaci, „A” było słabsze. Powieść Pastuszewskiego jest doskonałą, realistyczną diagnozą naszej teraźniejszości, i ja z tej diagnozy korzystam, do czego wszystkich zachęcam. Dlatego nie jestem zły, choć „A” zapełnia świat noweli bez reszty. Jestem wdzięczny autorowi „Karłów” za rzetelny obraz współczesnej Polski, wypełniony po brzegi bogactwem refleksji i znakomitym, wciągającym językiem.
A świat „Proboszcza” odwiedzają różne duchy. Jest w nim diaboliczny playboy Piotr i jego, cyniczna i pusta dusza. Są przygody tytułowego księdza z politykami, gdzie żądza władzy i pustka samozwańczych ludowych trybunów jest ukazana sugestywnie, zmysłowo i bez reszty, tak jak chyba jedynie sam Pastuszewski potrafi. Jest kreślony wrażliwą kreską portret współczesnej polskiej wsi, która przecież wydaje się coraz bardziej szara i nijaka, nie mająca w sobie już chyba nic z idylli Kochanowskiego. Nie trudno jednak malować wodospad Niagary, chwała temu, kto namaluje rachityczny strumyk, zamulony, pełen ścieków, mimo to płynący przez kraj, który przecież składa się głównie z takich rzeczek. Dodam jednak, że sam znam wsie nieco inne od tej opisanej w „Proboszczu”. I nie są to wcale jakiś romantyczne górskie przysiółki na Orawie, ale z pozoru nijakie osady przywrocławskie. Zdarza się, że w małej wsi żyje poeta, pisarz, wirtuoz skrzypiec, niechętny sławie laureat fotograficznej World Press Foto (to akurat koło Warszawy). I nie są to koniecznie nawróceni miastowi. Moim zdaniem to właśnie dychotomia „A” – brak „A” zubażała wieś od setek lat, ale ziemia jest niechętna zmianom i bywają chłopi i chłopki przez duże „C”. Tym niemniej królują wioski opisane w noweli. Mimo to nie zapominajmy, że to ziemia rodzi mity i jako nauczycielka uduchowionego życia jest starsza od chwili, którą przyjęliśmy za początek naszego kalendarza. Bohater powieści nazwałby moje słowa „new age’m”, lecz myślę, że gdyby nie zaczęto uprawiać zbóż nie byłoby ani proboszczów, ani „new age’u”, ani nawet chleba. Znów literka „C”... Nie na ostatnim miejscu wypada oczywiście wymienić przedstawione w „Proboszczu” struktury kościoła katolickiego, wraz ze wszelkimi dylematami, jakie one rodzą wewnątrz i na zewnątrz niego. Wydaje mi się, że tej ambitnej próbie przełożenia dogmatów teologii katolickiej i kościelnego prawa na barwny język prozy sprostał autor w sposób graniczący z wirtuozerią. Nawet mnie, obojętnego na to przecież, zupełnie to nie nudzi. Znów widzę w książce bezmiar uczciwej pracy, tak niezmiernie teraz rzadkiej u literatów.
Ostatnią barwę noweli muszę zaznaczyć odrębnym akapitem. Stanowi ją oczywiście stale obecny u autora „Dwunastu pań i panien w lusterkach” temat relacji pomiędzy kobietą i mężczyzną, oraz ich kryzysu widocznego w chrześcijańskim i postchrześcijańskim świecie. Tym razem na te dwa żywioły patrzy zobowiązany do celibatu ksiądz. Pastuszewski pokazuje w noweli obszerną galerię postaw, jakie kler przez tysiąc pięćset lat zajmował wobec seksualności, kobiet i własnej męskości. Autor broni czynami powieściowego „Proboszcza” postawy głównonurtowej, rozdzielającej męski świat abstrakcji od kobiecego świata emocji. Z noweli wypływa wniosek, że tylko takie rozdzielenie gwarantuje to, że kobieca strona ludzkości nie stanie się destruktywna dla tej męskiej. W przypadku osoby oddzielonej od żeńskości celibatem, porusza pisarz stały w chrześcijaństwie temat sublimacji ziemskiej miłości w miłość transcendentną. Tytułowy proboszcz czyni w dużej mierze swoją biograficzną opowieść dyskusją na temat celibatu i jego obroną. Oczywiście, nie wiem jak to bywa w „new ege’u”, ale na przykład w buddyzmie, hinduizmie impersonalistycznym i w wielu nurtach islamu, nie uzyskuje się wewnętrznej równowagi, koniecznej dla smakowania Absolutu, w ten sposób. Zainteresowanych odsyłam do Koranu, hinduskiej sankhja jogi, czy dzieł chińskich buddystów z okolic X wieku. Nic na to nie poradzę, że na mojej wysepce znaleźliśmy z żoną ruiny biblioteki i, chcąc nie chcąc, zaczęliśmy czytać. W wielu miejscach na świecie ludzka seksualność nie urasta, lub też nie maleje, do rangi problemu transcendentalnego. Niektórzy postmoderniści pisywali, że problem seksualności jest w dużej mierze wymyślony przez barokową, kontrreformacyjną Europę i jako taki, ubrany w słowa dopiero w XX wieku. Wydaje mi się, że należałoby szukać jego źródeł nieco dalej, ale, jak się mawia na naszej barbarzyńskiej wysepce, coś w tym jest. Tym niemniej temat kobiet w chrześcijaństwie dojrzewał powoli, kult maryjny, obecny swoim znakiem na sygnaturce plebani, zawdzięcza sporo prowansalskim trubadurom, którzy czerpali z arabskiego zadżalu. Sposób myślenia mężczyzn o sobie i kobiet o sobie jest inny w każdej cywilizacji i w każdej z nich ewoluuje. Nie sądzę, żeby Platon w swojej „Uczcie” myślał o tym samym, co święty Augustyn, a już zwłaszcza Edyta Stein. Jego świat umarł, pojawił się nowy, a słowa zostały, choć inaczej je się rozumie i czegoś zupełnie odmiennego w nich szuka. Doskonale wiem, że recenzent dzieł literackich powinien dążyć jak pocisk do celu. Tym nie mniej, nie mogłem zbyć obecnej w mistyce chrześcijańskiej sublimacji zmysłowych żądz jednym słowem. To, wbrew pozorom, nie jest uniwersalne, choć winno być ważne dla wspomnianych już 90%. Podsumowując, muszę raz jeszcze podkreślić, że ujęcie tematu kobiet i mężczyzn w twórczości Stefana Pastuszewskiego nie jest mi bliskie, gdyż wpływa na nie taka, a nie inna definicja świata, człowieczeństwa i wiary. Nie jest ona uniwersalna, myślę, że powinienem zwrócić na to uwagę. Jednocześnie jednak autor „Miasta” ukazuje ją wnikliwie, dogłębnie i bardzo starannie. Zatem, czy się z nią zgadzamy, czy też nie, należy uszanować tak przemyślany głos w dyskusji i jeśli się z nim nie zgodzić, to mądrze, gdyż mądrość nie zasługuje na głupotę. Z pewnością każdy, kto wierzy w „A” nie powinien potraktować obecnych w „Proboszczu” refleksji na temat kobiecości i męskości jako pisaniny nie na temat, jako ulegania autora swojej starej idee fixe. Tak z pewnością nie jest. Taka, a nie inna koncepcja seksualności jest ogromnie ważna dla chrześcijaństwa, zaś ksiądz, który był zobowiązany podjąć poważną decyzję dotyczącą swej seksualności, wcale nie jest obok tego problemu. Nie, jego rola we wspólnocie wierzących w „A” z tego również wyrasta. Nie jest to zatem zagadnienie płynące z chęci sensacji, czy autorskiej, monotematycznej pasji. Jest to temat w tej noweli istotny i w obrębie przyjętych założeń potraktowany mądrze i uczciwie.
Na koniec tej recenzji, za której długość przepraszam wszystkich zainteresowanych, wypada mi wrócić do wiatru. Dodam jeszcze, czując się winnym, że spora ilość słów napisanych powyżej nie jest jedynie moim niedopatrzeniem. Nic na to nie poradzę, że utwory Pastuszewskiego skłaniają mnie do refleksji i nie pozwalają mi na poprzestanie na kilku, rzuconych w wolnej chwili słowach pochwały, czy też nagany. Aby w pełni już pogrążyć cierpliwość czytelnika literackich recenzji, dodam, że widzę iż proza Stefana Pastuszewskiego jest coraz lepsza (co nie znaczy, że była zła w punkcie wyjścia). Zarówno jej forma, jak i sposób wyrażania zawartych w niej przesłań i myśli, są coraz doskonalsze. Im zaś one są lepsze, tym więcej myśli dojrzewa w mojej głowie i tym większym staję się wrogiem recenzenckiego umiaru i waszej, moi drodzy, cierpliwości. A co do wiatru... Różne są wiatry, sporo ich się przecież dostało Odyseuszowi gdy wracał do domu, realizując tym samym jeszcze inną wizję męskości i kobiecości. Nie pragnę zdradzać istoty żywiołu, którego skrzypienie w sygnaturce jest literacką nicią powieści „Proboszcz”. Aby uczcić dobrą lekturę i popisać się niepotrzebną brawurą przed zniecierpliwionym już zapewne do reszty moim audytorium, wypuszczę ze swojego wora swój własny wiatr, dedykując go (a jakże) naszemu bydgoskiemu pisarzowi.
Wiatr
Wiatr światów powraca i płynie przez wieki
Jego ruch jest lustrem które byty tworzy
W nim czyny nikną gdyż on jest czynieniem
Jak gwiazd latarnia która gwiazdy rodzi
Gdy nasze oczy łączą się w ciemności
On jest wciąż wśród nas prastary i młody
Kłosy naszych myśli gną się w jego tchnieniu
A nasze kształty jego siła łączy
Skąd płyniesz wędrowcze nienazwanych dróg
Jaką ojczyznę sławią twoje skrzydła
Powiedz nam to zanim w tobie znikniemy
Wasz wszechświat to dźwięk w harmonii wszechświatów
Gdy łagodny powiew jest dla was istnieniem
Nie proście go o słowa które nic nie znaczą
21 marca 2006
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz